Dlaczego Nie Możemy się Porozumieć?

Taka sytuacja. Mąż wraca z pracy. Ledwo zdjął buty, a ja podekscytowana mówię, że zaczęłam czytać książkę o rozwoju emocjonalnym dzieci. Chcę się z nim podzielić tym co mamy robić, żeby nasza córka nie wyrosła na kompletne dziwadło (oczywiście według amerykańskich naukowców).

No więc zaczynam mu z przejęciem opowiadać. Kończę trzecią myśl i biorę oddech, dopiero się przecież rozkręcając, a mąż wstaje i mówi ‚Dobra, to idę wziąć prysznic, OK?’.

Powinniście widzieć moją minę. Miała co najmniej moc rażenia pocisku neuklarnego (jeśli takie istnieją). Ale zabójcza mina to dopiero początek. Potem nastąpił prawdziwy wybuch w stylu:”Ja mówię do ciebie o czymś tak ważnym jak rozwój naszego potomstwa; inwestuję czas, żeby się czegoś dowiedzieć, a ty co? W ogóle mnie nie słuchasz. Kiedy ostatnio ty przeczytałeś cokolwiek na temat dzieci? Mógłbyś chociaż docenić to, że chcę nas edukować i zainteresować się trochę”. Duży wykrzyknik. Foch. Idę do drugiego pokoju i udaję, że jestem bardzo zajęta, kiedy on wchodzi z małą na ręku.

Jako, że w mądrej książce dowiedziałam się, że muszę rozsiewać dobre emocje wokół dziecka, uśmiechając się słodko do Leili, cedzę dalej przez zęby moje zarzuty pod adresem małżonka. Jest śmiesznie (chociaż wtedy tak tego nie widziałam).

Po tym jak już łaskawie pozwoliłam mu dojść do głosu, okazało się, że:

554668_10152794148405383_1242198517_n
1) Wybrałam zły moment

Zamiast poczekać, aż trochę odsapnie i zrelaksuje się po długim dniu pracy, zbombardowałam go informacjami, oczekując, że odbędziemy satysfakcjonującą (dla mnie) konwersację na temat połączeń neurologicznych w mózgu niemowlaka. Ale przecież to, że ja miałam ochotę na ten temat rozmawiać, wcale nie oznacza, że on miał. Albo że powinien mieć. Przypomniał mi, że było wiele momentów, kiedy on chciał o czymś porozmawiać, ale mi ciężko było aktywnie słuchać, bo akurat byłam pochłonięta czymś innym albo po prostu nie miałam do tego głowy.

Na początku naszego małżeństwa często mi się zdarzało wybierać zły moment do poważnych rozmów, co potem kończyło się na moim wielkim żalu pt. ‚ty nigdy nie mnie słuchasz’. Teraz (choć jak widać, zdarza mi się ciągle o tym zapominać), staram się zaczynać takie rozmowy, kiedy wiem, że mój mąż nie jest zmęczony, głodny albo pochłonięty czymś… Brzmi jak poradnik dla dobrych żon z 1950? Wcale nie. To po prostu zdrowy rozsądek, szacunek do drugiej osoby i znajomość gatunku ludzkiego (czyt. męskiego). Przecież nie poszłabym do szefowej prosić o awans, kiedy akurat odbywa naradę z zarządem, prawda? Poczekałabym na odpowiedni moment, kiedy jest sama, nie je właśnie lunchu i jej sekretarka mówi, że ma dobry humor!

2) W emocjach, z góry założyłam najgorsze

To, że nie chciał na ten temat w danej chwili rozmawiać, wcale nie oznacza, że rozwój naszej córki go nie obchodzi. Jak już nie raz pisałam, należę do tej grupy szczęśliwych pań, które mówią szybciej niż ich głowa zdąży się zastanowić nad treścią wypowiedzi… Pracuję nad tym, jest już na pewno lepiej niż kiedyś, ale nie przychodzi mi to z łatwością. Od razu włączyłam w głowie alarm ‚on ma gdzieś to co mówisz‚ i ruszyłam do ataku, zamiast najpierw zadać sobie pytanie ‚dlaczego on tak zareagował?’ Albo jeszcze lepiej  – zadać jemu to pytanie! Proste, nie? Gdybym tak zrobiła, na spokojnie wyrażając swoje emocje i mówiąc mu, że jego reakcja trochę mnie zraniła – pewnie inaczej potoczyłaby się ta rozmowa.

Okazało się, że za reakcją mojego męża stał pewien powód. Kiedy już pozwoliłam mu go wyjawić, mogliśmy spokojnie porozmawiać i wyszła z tego całkiem ciekawa konwersacja.

Jeśli zawsze będę zakładać, że mój mąż wcale nie ma złych intencji, to o ile łatwiejsza i przyjemniejsza będzie nasza komunikacja! Gdyby się nad tym zastanowić, to T. najprawdopodobniej nie zaczyna ze mną rozmowy, myśląc sobie ‚muszę ją tym razem jakoś skrzywdzić!’ Być może rzucił coś, czego nie do końca przemyślał albo zrobił coś, bo myślał, że tak będzie dobrze… Ale jeśli w jego zachowaniu będę się zawsze doszukiwać dobra i dobrych intencji (np. tego, że chce się ze mną porozumieć, ale może nie potrafi znaleźć odpowiednich słów) – to ile razy unikniemy kłótni albo niepotrzebnego zranienia?

Jeśli w głowie i sercu będę cały czas mieć ten fakt, że celem mojego męża nie jest zranienie mnie – to nie będę wrogo reagować na jego słowa czy zachowania, które w jakiś sposób mnie dotykają. Mogę wtedy się zatrzymać i pomyśleć: OK, on przecież nie powiedział tego, żeby celowo mnie zranić, więc nie muszę reagować krzykiem ani płaczem. Mogę mu za to spokojnie uświadomić, że to co powiedział mnie dotknęło i spróbować o tym porozmawiać.

Niech każdy z was będzie szybki do słuchania, a powolny, jeśli chodzi o mówienie i wybuchanie gniewem. (Jakuba 1,19)

3) Moja reakcja była oparta na wcześniejszym zranieniu

Macie tak czasem, że coś bardzo małego może spowodować u was wielki wybuch, zupełnie nieadekwatny do zaistniałej sytuacji? Często dzieje się tak dlatego, że pewne słowo, zachowanie drugiej osoby, przywołuje nam na myśl jakąś starą sprawę – coś, co im już wybaczyliśmy, ale co nagle wraca do nas. I ten cichy głos, który mówi nam ‚Widzisz, on znowu to robi. Nigdy się nie zmieni. Mam już tego dosyć’. Stop. Nie rób tego. Nie idź do kosza na śmieci i nie wyciągaj z niego starych brudów. Nawet w twoich myślach. To co było, było i nie powinniśmy patrzeć na naszego męża przez pryzmat wcześniejszych błędów – mimo, że to bardzo trudne.

Mimo, że bardzo kuszące, takie nastawienie tylko sprawi, że ciężej będzie nam obiektywnie spojrzeć na obecną sytuację i szybko z niej ‚wyjść’. Ja bym bardzo chciała, żeby T. traktował każde moje nowe ‚przewinienie’ jako coś, co się nigdy wcześniej nie wydarzyło. Wolałabym, żeby nie zapisywał sobie w głowie każdego mojego przykrego słowa, po to, żeby w odpowiednim momencie powiedzieć mi: ‚Mam cię dosyć, bo już 12 razy w tym miesiącu byłaś dla mnie niemiła’.

Jeśli bowiem wybaczycie innym ich zło, to i wam wybaczy wasz Ojciec w niebie. Lecz jeśli nie wybaczycie, i On wam nie wybaczy. (Mat 6:14-15)

łagodna żona

4) Zapomniałam o łagodności

Łagodne podejście to coś, o co modlę się już o dłuższego czasu. W takich sytuacjach jak ta powyżej zdarza mi się wracać do starej siebie: tej naskakującej na męża kiedy tylko usłyszę coś, co jest nie po mojej myśli. Chcę być kobietą, która swoim sposobem bycia zaprasza. Zaprasza do piękna, które uspokaja. Przynosi ulgę. Do odpoczynku. Do bliskości. Do piękna, które mówi, że wszystko będzie dobrze…

W końcu T. poprosił mnie, żebym dokończyła mój wywód. Zaczęłam więc przytaczać to, czego się dowiedziałam – jak ważny jest fizyczny dotyk, ciepło, akceptacja i pozytywne emocje, jakie roztaczamy wokół dziecka – i jaki wielki wpływ mają na jej rozwój emocjonalny i późniejsze dorosłe życie. Mój mąż wysłuchał spokojnie, po czym powiedział: ‚Nooo, czyli mamy ją po prostu kochać i dużo przytulać? Przecież to oczywiste’.

No i jak tu się dalej z takim kłócić?! <3

 

Czy Twój Mąż Wie, że Jest Dla Ciebie Ważny?

Kilka dni temu znajoma powiedziała mi, że chce rozwieść się z mężem. Bardzo mnie to zasmuciło, szczególnie, że ślub brali niecałe 4 lata temu, mają malutkie dziecko… Wiem, że borykali się z wieloma trudnościami od początku. Teraz nie mają już chęci, żeby dalej walczyć. Ale modlę się, żeby chcieli, żeby otworzyli swoje serca na nowo, tak aby Bóg mógł wlać w nich pokłady miłości i wytrwałości.

Łatwo jest dojść do takiego momentu w naszym małżeństwie, kiedy przestaje nam się już chcieć walczyć. Bo przez miesiące, lata nazbierało się tyle zranień; rzeczy, które nas wkurzają; słów, których nie da się już cofnąć; głupich przyzwyczajeń, które uważamy za normalne, a które w gruncie rzeczy powoli niszczą nas związek.

Wcale nie jest trudno obudzić się pewnego dnia obok osoby, która kiedyś była nam najbliższa na świecie i stwierdzić, że właściwie to już się jej nie zna. I on nie zna nas – naszych myśli, marzeń, małych i dużych walk, które staczamy na co dzień w sobie.

Naprawdę łatwo znaleźć się w takiej sytuacji. Nasz wróg zdecydowanie nie śpi, a do tego przecież dochodzą nasze odmienne charaktery, różnice płci (wenus i mars to zupełnie inne planety!), codzienne obowiązki, dzieci, które wymagają naszej nieustannej uwagi, zmęczenie materiału…

Prawda jest taka, że wiele czynników działa przeciwko nam jeśli chodzi o budowanie i trwanie w zdrowym małżeństwie.

Ale z drugiej strony, jeśli się dobrze zastanowisz, to czy jest coś ważniejszego w twoim życiu od relacji z mężem? Od twojego małżeństwa?

Ważniejsza powinna być jedynie relacja z Bogiem.

A jeśli twoje małżeństwo jest drugą najważniejszą rzeczą w twoim życiu, to czy nie warto zrobić wszystko co w twojej mocy, żeby ta relacja nie tylko przetrwała wiele lat, ale żeby te lata spędzone razem były piękne, budujące, pełne cudownych wspomnień i znaczenia?

Mimo, że moje małżeństwo jest dla mnie mega znaczące, to były takie momenty, że coś innego stawało na pierwszym planie. Raz był to intensywny czas w pracy, kiedy wracałam późno do domu i nie miałam sił na nic poza zjedzeniem czegoś i rzuceniem się na łóżko – ciężko mi było wtedy wydusić z siebie nawet kilka słów do T. On był ciągle dla mnie ważny, ale wiem, że mało mu to wtedy okazywałam. I chociaż rozumiał, że to tylko taki przejściowy okres, to widziałam, że nie było mu z tym łatwo i że tęsknił za tym, żebym mogła dać mu więcej z siebie niż tylko ‚Cześć kochanie… zmęczona jestem, sorry… idę spać, OK?’.

Te pierwsze tygodnie po tym jak urodziła się Leilunia też nie były najbardziej romantycznym czasem w naszym życiu;p Ja dochodziłam do siebie fizycznie i psychicznie, mało spałam, a resztę czasu całą naszą uwagę poświęcaliśmy malutkiej. Na głębokie rozmowy i patrzenie sobie w oczy już nie starczało nam sił i czasu!

IMG_5445 copy.jpg

I to jest normalne! Wiadomo, że pracować trzeba, rachunki ktoś musi płacić, a dziecko same sobie obiadu nie zrobi, podczas gdy my pójdziemy na długi romantyczny spacer;p

Ale wydaje mi się, że to jak będzie wyglądać nasza relacja z mężem czy żoną zależy w dużej mierze od naszego nastawienia. Gdzie na mojej liście wielu priorytetów jest moja druga połówka, mój najlepszy przyjaciel i towarzysz życia?

Czy jest drugi po Bogu, czy może bardziej gdzieś tam po środku, zaraz po pracy, wychowaniu dzieci (nasze dzieci są największym skarbem i darem od Boga, kochamy je nad życie, ale na naszej liście priorytetów powinny być po mężu – o tym kiedyś osobny post), obowiązkach w kościele i przyjaciołach?

Łatwo to sprawdzić w codziennych sprawach. Czy robiąc plany, uwzględniam mojego męża w nich? Czy biorę pod uwagę jego preferencje co do tego jak chciałby spędzić następną niedzielę, czy też narzucam mu swój plan, bo naszym znajomym tak pasuje?

Czy przygotowując obiad, zawsze robię tylko to co lubią dzieci (i ja;p), czy staram się też pomyśleć o tym co smakuje mojemu mężowi (u nas to jest wyzwanie, bo ja nie jem mięsa, a T. tak)?

Czy kiedy wracam z pracy (albo kiedy on wraca z pracy, bo jestem w domu), to czy staram się słuchać uważnie tego co mówi, dowiedzieć się jak minął jego dzień, czy biegam jak szalona, załatwiając tysiąc innych spraw, które najczęściej naprawdę mogą poczekać, a świat się nie zawali? Ja wiem, że mam z tym problem, bo jestem małą pedantką i jak na przykład widzę, że ubrania są rozrzucone na sofie, to aż się trzęsę w środku, żeby je pozbierać – zamiast skupić się na tym, co mówi do mnie T.

Czy podejmując ważniejsze decyzje (większe wydatki, wybór szkoły dla dziecka, dekoracja domu), konsultuję je najpierw z mężem? Kilka razy zdarzyło mi się podjąć pewne decyzje bez skontaktowania się z T. Niektóre z nich nie były super istotne, ale jednak kiedy dowiadywał się, że nie uzgodniłam ich z nim, to wiem, że poczuł się pominięty – jakbym nie potrzebowała jego porady. I to nie jest tak, że oni są dyktatorami, którzy chcą przejąć kontrolę nad naszym życiem – oni po prostu lubią czuć się potrzebni. Chcą czuć, że ich zdanie się dla nas liczy, że je szanujemy. To jest dla nich ogromnie istotne. Myślę, że dużo bardziej niż dla nas, kobiet. Jeśli chcesz, żebyście byli być team’em, to zachowujcie się jak team – a nie ‚każdy sobie rzepkę skrobie’.

Kiedy jesteście u znajomych, zanim opowiesz jakąś śmieszną historię dotyczącą waszego małżeństwa, pytasz męża czy nie ma nic przeciwko? Dla ciebie ta anegdota może być zabawna, ale jemu może wydawać się ośmieszająca. Pytając go wcześniej o zdanie, pokazujesz mu, że bardziej zależy ci na jego uczuciach i zachowaniu jego ‚dobrego imienia’ niż na rozbawieniu znajomych. A przecież to później z mężem wrócisz do domu, nie z nimi, prawda?:)

Czy wybierając ubrania, myślę o tym co podoba się mojemu mężowi, czy kieruję się bardziej radą przyjaciółki, mimo że wiem, że on nie lubi na przykład kwiaciastych wzorów albo indiańskich kolczyków (sic!)?

To wszystko może się wydawać mało ważne. Przecież nic się nie stanie jak czasem założę coś, co nie jest w jego guście, kiedy wychodzimy razem, prawda? No pewnie, że nie, przecież masz prawo do własnego. Sama nie raz to robię.

Ale gdyby te wszystkie małe rzeczy ignorować przez dłuższy czas, to może okazać się, że nasz mąż już nie czuje, że jest najważniejszą osobą w naszym życiu. Może nam się tak ciągle wydaje, może nawet tak mu mówimy, ale czy nasze czyny idą w parze ze słowami?

Zawsze będzie tak, że znajdzie się tysiąc rzeczy, które będą domagać się naszej uwagi i czasu. Łatwo jest rzucić się w wir codziennego życia i zepchnąć nasze małżeństwo na dalszy plan. Bo przecież on zawsze będzie. Przecież i tak mnie kocha.

Może i mnie kocha. Ale czy na pewno zawsze tak będzie? I czy na pewno on zawsze będzie? A nawet jeśli tak, to czy chcę, żeby był, ale tak jakby go jednak nie było? 

Najczęściej to te niewielkie rzeczy robią dużą różnicę. Małymi krokami możesz sprawić, że twój mąż poczuje, że jest dla ciebie priorytetem. A myśląc o potrzebach twojego męża, automatycznie zbliżysz się do niego. On poczuje się pewniejszy siebie, szanowany doceniony.

„No tak, ale co ze mną i moimi uczuciami – przecież i tak już się staram, a on w ogóle się nie zmienia?”, pomyślisz może.

To co siejemy, będziemy też zbierać. Jeśli chcesz lepszego, pełniejszego małżeństwa, to zmianę na lepsze musisz zacząć od siebie.

Ale owoce przyjdą. Niektórzy muszą czekać na nie dłużej, ale często pozytywną zmianę w relacji; w tym jak mąż zaczyna postrzegać i odnosić się do żony widać bardzo szybko.

Musimy tylko pamiętać, że tu nie chodzi o żadną manipulację, czy nastawienie typu ‚ja zrobiłam coś dla ciebie, to teraz twoja kolej’. Tak naszego małżeństwa nie odmienimy. Ale kiedy zaprzemy się samej siebie i bezinteresownie będziemy dawać – to uruchomimy w naszym małżeństwie taką moc, której ciężko się będzie przeciwstawić.

I nie polegaj na sobie. Ciężko ci będzie znaleźć w sobie taki pokłady miłości i wytrwałości jakich potrzebujesz, żeby twoje małżeństwo było zdrowe i pełne. Ja ich na pewno nie mam… Ale dzięki temu, że jakiś czas temu podjęłam decyzję o tym, żeby oddać swoje życie Jezusowi – On żyje we mnie. On wypełnia mnie swoją miłością, uczy mnie szybko przebaczać – bo On przecież tak wiele mi przebacza.

Kiedy zwracam się do niego o pomoc, łatwiej mi czekać na zmianę. Mogę czerpać satysfakcję przede wszystkim z tej relacji, która powinna być dla mnie najważniejsza.

A kiedy On będzie na pierwszym miejscu, kiedy moje serce będzie naprawdę wypełnione Jego miłością i pokojem, to nie ma bata, żeby ta druga najważniejsza osoba w moim życiu tego nie odczuła.

Małe szanse wtedy, że obudzę się pewnego dnia z myślą, że nie znam już tego człowieka obok mnie.

Dlatego co człowiek sieje, to i żąć będzie. Kto sieje dla swojego ciała, z ciała będzie żął skażenie, a kto sieje dla Ducha, z Ducha będzie żął życie wieczne.

Bądźmy niestrudzeni w szlachetnym postępowaniu. Jeśli w nim wytrwamy, czeka nas czas wielkich żniw. 10 W związku z tym, gdy tylko mamy możliwość, świadczmy dobro wszystkim, a zwłaszcza domownikom wiary.

 

Szczerze o Pierwszych Dniach Macierzyństwa

Chciałabym móc powiedzieć, że w momencie kiedy Leila przyszła na świat, w moim sercu od razu zrodziły się nieograniczone pokłady miłości do tej malej istotki. Tak się nie stało.

Szczerze mówiąc, moją pierwszą reakcją było po prostu uczucie ogromnej ulgi. Fizycznej (!) ale też psychicznej – że już, w końcu z nami jest. Po tylu dniach oczekiwania, zastanawiania się – czy to będzie dzisiaj?

Miał być poród domowy w wodzie, a był poród szpitalny, bo malutka była sporo po terminie i trzeba ją było trochę zachęcić do wyjścia. Ale mimo, że poród był wywoływany, udało mi się urodzić naturalnie, za co jestem Bogu niezwykle wdzięczna. I za to, że dał mi pokłady sił o istnieniu których nie miałam pojęcia!

leila and mum.jpgZa to, że dał mi ciało, które zostało stworzone do tego, żeby nosić i wydać na świat życie. Że wtedy, w nocy z 7 na 8 kwietnia był z nami w tym szpitalnym pokoju.

Za mojego męża, który w najtrudniejszych momentach szeptał mi do ucha słowa modlitwy…

Za moja zdrową i śliczną córeczkę.

Tak, chciałabym móc powiedzieć, że zakochałam się w niej od pierwszego spojrzenia (a oczka miała od razu szeroko otwarte;) ), bo kto by się nie zakochał w takim cudzie!

Dla mnie był to jednak proces.

Pierwsze dni były dla mnie dość trudne; pojawiły się też problemy z karmieniem, co wpłynęło też na moje samopoczucie.

Były takie chwile, kiedy wcale się nie cieszyłam, że zostałam mama. Okazało się, ze ten słynny ‚baby blues’ o którym tyle wcześniej słyszałam faktycznie może się przydarzyć – nawet komuś, kto na co dzień jest uważa się za szczęśliwą osobę!

Były dni na początku, kiedy patrzyłam na roześmiane mamy z malutkimi dziećmi (np. na innych blogach) i czułam wyrzuty sumienia, że ja nie czuję tej radości, która wydaje się z nich wylewać.

I chociaż bardzo chciałam zostać mama, to jednak kiedy nią już zostałam, poczułam się tą rolą mocno przytłoczona.

T. bardzo mnie w tym czasie wspierał – nawet jeśli nie do końca rozumiał moich uczuć – bo on sam doświadczył wybuchu miłości od pierwszego wejrzenia  – i wspaniale radził sobie z naszą małą żabką.

Szczerze mówiąc, kiedy w tych pierwszych dniach / tygodniach byłam mocno zmęczona i przytłoczona nową rolą, ciężko mi było się modlić.

W końcu pewnego dnia T. zapytał ‚dlaczego po prostu nie poprosisz, żeby Bóg dał ci siłę i miłość do naszej córeczki?’.

Tak zrobiłam.

Nie w wyszukanych słowach, nie na klęczkach, tylko podczas jednego karmienia wyszeptałam w myślach: 

‚Panie, potrzebuję Cie. Nie dam rady być mamą bez Twojej pomocy. Proszę, wypełnij mnie miłością do tej małej istotki. Daj mi mądrość i siłę, żebym mogła z radością opiekować się nią na co dzień. Nie chcę, żeby moje samopoczucie było oparte na emocjach i hormonach, ale żeby pochodziło od Ciebie – mojego źródła radości, miłości i pokoju.’

Bach. Co za ulga.

O ile łatwiej jest witać każdy dzień; małe i duże wyzwania, które przed nami stoją, kiedy oddaliśmy je najpierw Temu, który chce się o nas zatroszczyć. Kto kocha nas nieskończoną miłością i chce towarzyszyć nam w każdej sytuacji.

Oczywiście łatwiej mi też było z czasem, dlatego, że zaczęłam poznawać moją małą córeczkę i jej potrzeby i rozróżniać co i kiedy stara się mi zakomunikować.

Ale też dlatego, że nie musiałam robić już tego sama – mogłam w każdej chwili szepnąć kilka słów do mojego Boga, który cały czas był, cały czas jest. Czekał tylko, aż wyciągnę do Niego (zmęczone) ręce!

leila 5tyg.jpgDziś jestem już zakochana po czubek głowy. Całuję mini stopki, całuję ten co raz pulchniejszy brzuszek i płakać mi się chce ze szczęścia kiedy ta malutka osóbka uśmiecha się szeroko. I ciągle nie mogę uwierzyć, że to na mój widok!

Otrzymałam ogromny dar i jestem za niego tak bardzo wdzięczna.

Pewnie, że są trudniejsze momenty i dni.

Ale te, które zaczynam od rozmowy z Nim (nawet jeśli jest to podczas karmienia albo przewijania) i kontynuuję tę rozmowę do wieczora – są lepsze. Pełniejsze. Nawet jeśli w południe ta rozmowa to ‚daj mi proszę inspirację co zrobić na obiad’, a popołudniu ‚siły proszę na jeszcze kilka godzin’ – to poczucie, że jestem z Nim w stałym kontakcie umacnia mnie, nadaje mojemu dniu większy sens.

Czuję wtedy, że to co robię jest ważne, ma znaczenie – bo robię to nie tylko dla siebie, dla Leili czy dla mojego męża, ale robię to przede wszystkim dla Niego.

Każdą moją, nawet najmniejszą czynnością mogę służyć Jemu. Wiem, że dla Niego nie ma rzeczy mało ważnych. Każda pieluszka którą zmieniam, każdy uśmiech, który oferuję mojej córeczce, każdy obiad który przygotowuję dla naszej rodziny może być moją służbą dla Niego. Jeśli tylko zrobię to wszystko z Miłością.

A dzięki Niemu, mogę wszystko robić z Miłością.

<3



 

Jestem też bardzo wdzięczna na wsparcie wspaniałych kobiet, które mam dookoła siebie – niektóre z nich są bardzo daleko (tak, o Was mowa!), a jednak wiem, że zawsze mogę na nie liczyć…           Jedną z nich jest Miriam, która jest Doulą. Przygotowywała nas do porodu i wspierała kiedy się zaczął. Jeśli spodziewasz się Maleństwa, to mogę z całego serca polecić Ci jej ‚usługi’ – my nasze zajęcia z nią mieliśmy przez Skype;)

Jak Przetrwaliśmy Sztorm

Zniknęłam na trochę, ale już jestem. A jest mnie nawet trochę więcej niż kilka miesięcy temu;)

Ostatnie kilka tygodni były szalone i nijak się miały do obrazka kobiety w ciąży, spokojnie oczekującej na przyjście potomka! W połowie stycznia dostałam kontrakt na nową pracę w innym miejscu (nie pytajcie – praca w telewizji rządzi się swoimi prawami…) i musiałam dojeżdżać 1,5h w jedną stronę na drugi koniec Londynu. Program, nad którym pracowałam był mega intensywny, więc to nie ułatwiało sprawy – także dość powiedzieć, że wracałam do domu mocno padnięta.

MARTA 37tyg2W końcu zamiast pracować do 37 tygodnia jak to planowałam (tutaj jest normalne, że pracuje się do końca ciąży, jeśli warunki pracy na to pozwalają), skończyłam tydzień wcześniej, bo moje ciało zaczęło wysyłać dość mocne sygnały, że pora przystopować…

Jakby tego było mało, tydzień później się przeprowadziliśmy!

Całe szczęście teraz mogę skupić się już tylko na wiciu gniazda, prasowaniu tych maciupkich ubranek i przygotowaniu do pewnego istotnego wydarzenia zwanego porodem.

Te ostatnie tygodnie nie były łatwe. Były dni, kiedy jechałam do pracy i prosiłam Boga o siłę, żeby po prostu przetrwać kolejny dzień. Wiem, że ta moja zupełnie bezproblemowa ciąża jest darem od Niego, bo wiedział, że tego potrzebuję; że inaczej bym nie dała rady.

Ale za każdym razem kiedy się do Niego zwracałam, On odpowiadał. Dawał mi nie tylko wystarczająco siły, żeby przetrwać dzień, ale i więcej. Byłam w stanie wykonywać moją pracę w 100%, a jeszcze czasem wystarczało jej, żeby nie zapomnieć o tych dookoła mnie, którym wiem, że też nie było czasem łatwo.

Jakimś cudem, w soboty wieczorem prowadziliśmy jednocześnie kurs małżeński dla 4 par – właśnie dobiega końca i też jestem bardzo wdzięczna Bogu za to, że dawał nam odpowiednie słowa i inspirację za każdym razem kiedy mieliśmy zaczynać nową sesję…

To, czego nauczył mnie ten czas to to, że nie mogę czekać na to aż ‚wszystko się ułoży’, zanim ‚poczuję’ pokój w swoim sercu.

To, w jaki sposób przejdę przez ten niełatwy czas zależy w dużej mierze ode mnie. Od mojego nastawienia. To moja decyzja czy skupię się na tym czego nie mam, czego nie mi brakuje, na tym co niepewne, niewiadome – czy oddam te wszystkie rzeczy Jemu i pozwolę Mu trzymać mnie mocno za rękę każdego dnia. To ode mnie zależy czy poddam się uczuciu paniki przed jutrem, które jest nieznane, czy skupię na dzisiaj i przeżyję ten dzień, wdzięczna za to co już mam.

To, jak przejdziemy przez sztorm w naszym życiu i jakie lekcje z niego wyciągniemy zależy wyłącznie od nas… Możemy walczyć z tym sztormem, próbować przedostać się wpław na drugi brzeg o własnych siłach (i z małymi szansami, że wyjdziemy z tego cali i zdrowi), a możemy też wsiąść do łodzi, w której już jest On i tylko czeka na nas z wyciągnięta rękę, bo chce, żebyśmy przez ten sztorm przepłynęli razem z Nim – z Jego siłą, pokojem, radością – która jest niezależna od otaczających nas okoliczności, ale po prostu jest w nas – bo On jest w nas.

Nie każdego dnia wsiadałam z Nim do tej łodzi. Były dni, kiedy pozwoliłam falom zwątpienia i strachu zalać moje serce. Nie rozwiązało to żadnego z moich problemów, nie dodało mi sił, nie wprowadziło to pokoju do mojego domu.

Na wiele z naszych pytań nie mamy ciągle odpowiedzi. Nie wiemy do końca, czy mamy być tu gdzie jesteśmy; praca T. stoi jeszcze pod znakiem zapytania.

Ale wiem, że nie mogę pozwolić sobie na to, żeby czekać, aż ‚wszystko się ułoży’, zanim zacznę przeżywać każdy dzień z radością. Przecież nigdy tak nie będzie! Jak znajdziemy rozwiązanie tego problemu, to z pewnością pojawi się kolejny.

Nie mogę też czekać na to, aż wszystko się ułoży zanim zacznę żyć dla Niego. Gdyby Jezus siedział i czekał, aż wszystko z czym się zmagał minie, zanim zacząłby służbę dla swojego Ojca, to wątpię, czy świętowalibyśmy Wielkanoc za 2 tygodnie…!

To kolejna rzecz, której nauczył mnie ten czas…

Ufaj PANU i czyń dobrze; będziesz mieszkał na ziemi i na pewno będziesz żywiony.     Rozkoszuj się PANEM, a on spełni pragnienia twego serca.                                             Powierz PANU swoją drogę i zaufaj mu, a on wszystko wykona (Psalm 37:3-5)

Kiedy czekam na Jego odpowiedź, najlepszą rzeczą jaką mogę zrobić to skupić się na czynieniu dobra.

Najczęściej najlepszym lekarstwem na nasze troski i problemy jest po prostu to, żeby przestać ciągle o nich myśleć i zwrócić naszą uwagę na innych dookoła nas, którym być może też nie jest łatwo.

Ile razy, czując się beznadziejnie, zamiast zanurzać się w otchłani rozpaczy i skupiać się na tym, jak mi źle, zdecydowałam, że wyciągnę rękę do kogoś, kto wiem, że potrzebuje zachęty, wsparcia – czasem po prostu tylko miłego słowa.

I wiecie co? Jakimś cudem, zapominałam o moim problemach. Albo nagle stawały się mniejsze, już nie takie przytłaczające.

Jeśli wydaje się nam, że nie mamy innym nic do zaoferowania – to albo się sami oszukujemy, albo pozwalamy, żeby ktoś nas oszukiwał. Bo każdy z nas ma coś, co może zaoferować drugiemu człowiekowi. To może być najprostsza rzecz, jak zaproszenie kogoś na kawę, napisanie smsa, wykonanie telefonu… To może być coś trochę większego – zaangażowanie się w służbę, która pomaga innym – zaoferowanie naszego czasu i talentów, nawet tych ‚najmniejszych’ – nigdy nie wiadomo w jaki sposób możemy dotknąć czyjegoś życia…


 

Termin mamy na Wielkanoc. Czas pokaże czy przyjdzie nam świętować z maluchem u boku, czy też będę ciągle rosła duża i okrąglutka…!

Jak dwoje ma stać się jednym?!

Zanim wyszłam za mąż, wiele razy słyszałam, że po ślubie ‘dwoje staje się jednym’.

Ładnie brzmi prawda? Romantycznie. Ale nigdy wcześniej nie zastanawiałam się co to tak naprawdę znaczy. A już na pewno nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo to trudne…

Ci z was, którzy są już jakiś czas po ślubie, przytakną pewnie głowami.

No bo pomyślcie o tym  – dwoje ludzi, z zupełnie innymi osobowościami, doświadczeniami życiowymi, najczęściej innym wychowaniem i sposobem bycia  – ma nagle stać się jednością?

IMG_2731Jakiś kosmos… I czy to w ogóle jest możliwe…?

No i tu właśnie zaczynają się schody. Bo to jest przecież totalnie wbrew naszej naturze.

I o co w ogóle chodzi w tym, że mamy stać się jednym?

Chodzi o to, że takie było pierwsze zamierzenie Boga… Zanim wszystko poszło źle.

Kiedy stworzył Adama (na własny obraz), Adam był kompletny i zawierał w sobie wszystkie atrybuty, które dziś znamy jako męskie i żeńskie (1 Moj 1:27). Adam zapadł w głęboki sen i  Bóg z jego żebra utworzył kobietę.

Mimo, że byli teraz dwoma osobami, Bóg ciągle nazywa ich Adam (1 Moj 5:2). Później Adam nazwał swoją żonę Ewa.

Adam i jego żona zostali stworzeni, żeby się nawzajem uzupełniać . Ewa była ‘ezer kenegdo’ dla Adama.  Razem byli silniejsi niż każdy z nich osobno.

A że mieli w sobie Bożą naturę, naturalne dla nich było to, że byli wobec siebie kochający, oddani, że szanowali się i służyli sobie nawzajem. Byli jednym!

Byli jednością w każdym aspekcie ich życia: w ciele, w duszy i w duchu.

  • Chyba najłatwiej jest nam zawsze zrozumieć (i uzyskaćJ ) tę cielesną jedność.
  • Najtrudniejsza jest jedność naszych dusz – naszych emocji, intelektu i woli. Adam i Ewa ‘nie wstydzili się siebie’. To słowo ‘wstydzić się’ jest też tłumaczone jako ‘być zdezorientowanym’. Żeby nie było między nimi zdezorientowania, oboje musieli być w całkowitej zgodzie jeśli chodzi o ich emocje, intelekt i wolę. To dopiero coś…
  • Adam i Ewa byli stworzeni na Boże podobieństwo, mieli relacje z Nim, a co za tym idzie byli jednością w Jego Duchu

Adam i Ewa byli też zupełnie nadzy przed sobą… Nie było między nimi żadnego zmieszania – byli przed sobą otwarci  i szczerzy. Byli sobą i byli jednością, w każdym aspekcie ich życia.

I to jest właśnie Boży plan dla twojego małżeństwa.

Niestety Adam i Ewa zdecydowali się wziąć sprawy w swoje ręce, co jak wiemy nie wyszło im na dobre. Wróg rozpoznał tę niesamowitą moc, która ich łączyła i postanowił ich rozdzielić.

Od momentu ich upadku, nie mieli już w sobie Bożej natury. Zaczęli więc zaspokojać swoje potrzeby. Okryli  swoją nagość  i ukryli się przed sobą…

I tak właśnie dzieje się dzisiaj w naszych związkach – kiedy staramy się ochronić samych siebie i ukryć przed naszym partnerem.

Łatwo to zobaczyć w naszym codziennym życiu.

Mężowie mogą mówić:

  • “Ona nie musi o tym wiedzieć’
  • „Po co mam jej mówić ile zarabiam”
  • „Jeśli odłożę trochę na boku, tylko dla siebie, to przecież nie ma w tym nic złego”

Żony:

  • „Przecież nie ma nic złego w tym, że czasem obgaduję mojego męża z przyjaciółką!”
  • “Ja tak naprawdę rządzę w tej rodzinie”
  • „Nie mogę mu ufać…”

Dzieje się tak wtedy, kiedy zapominamy, że to Bóg musi być w centrum i podstawą naszej relacji.

Zapominamy też o tym kto tak naprawdę jest wrogiem – że to nie jest nasz mąż (albo żona), ale że mamy wspólnego wroga, któremu musimy razem się sprzeciwiać.

Myślimy, że to nasz partner stanowi największy problem w naszym związku.

Staramy się uzasadnić nasz grzech zamiast zwrócić się z nim do Boga.

Na szczęście wcale tak nie musi być…

Bóg kocha nas tak bardzo, że posłał swojego Syna po to, żeby On przywrócił tę relację którą mieliśmy z Nim w raju.

Jezus przyszedł po to, żeby zaoferować nam nowe życie – wolni od tego, co wróg stara się nam narzucić.

Wolni od potępienia, od życia w goryczy, walce z samą sobą i naszym partnerem.

Wolni do tego, żeby stać się jednym z naszym mężem lub żoną.

Urodziliśmy się z egoistyczną naturą, która dąży do tego, żeby zaspokoić swoje potrzeby. Dlatego Jezus powiedział, że musimy narodzić się na nowo i otrzymać Jego Ducha.

A kiedy wchodzimy w to nowe przymierze z Nim, Jego natura staje się naszą naturą.

Bez Niego, możemy tylko próbować, bardzo się starać  – ale żaden nasz wysiłek nie zmieni naszych serc!

IMG_2432Twoje małżeństwo nie musi być pełne tych rzeczy, które niszczą związki dookoła nas (egoizm, brak otwartości i szczerości, życie tylko dla siebie…).

Mamy być przed sobą całkiem nadzy. Nie może być między nami nic ukrytego. Co jest moje – jest twoje. Co twoje – jest moje.

W momencie kiedy zachowujemy coś tylko dla siebie (pieniądze, nasze ciało, emocje) – wystawiamy się na atak wroga, który łatwo może użyć te ‘ukryte’ aspekty naszego życia, żeby nas zwrócić przeciwko sobie.

‘To MOJA wypłata. To TWOJE dzieci. To MOJE oszczędności. To MOJE ciało. To TWÓJ dług….’

Nie trudno jest chyba zobaczyć, jak takie nastawienie dzieli żonę i męża, zabijając to poczucie jedności, które miało być przecież ich siłą!

Nie bez powodu Bóg chce, żebyśmy byli przed sobą nadzy. Jasne, to wymaga o wiele więcej wysiłku, siły woli i pracy nad samym sobą – ale o ile piękniejsze i bogatsze będzie nasze małżeństwo…!

Czy nie cudownie byłoby nie mieć przed sobą żadnych tajemnic, nic nie ukrywać, nie udawać niczego?

Wyobraź sobie, że możecie byc całkowicie sobą, nie wkładać tego obronnego pancerza, w obawie, że zostaniecie zranieni lub wyśmiani?

Dzisiaj już wiem o co chodzi z tą jednością.

Wiem też jak trudna jest ta codzienna walka z naszym ciałem, z naszym egoizmem, z podszeptami złego, żeby sobie odpuścić, że nic takiego się nie stanie, jeśli nie powiem mężowi, że kupiłam kolejną sukienkę, albo jeśli podejmę ważną decyzję bez konsultacji z nim.

Ale za nic w świecie nie zamieniłabym tej codziennej walki na małżeństwo, które jest takie sobie. Nie pozwolę się okraść z tego, co zaplanował dla nas dobry Bóg.

Bo dziś już wiem, że może być między nami jedność – nawet jeśli cały świat dookoła żyje inaczej.

Wesołych Świąt kochani!

*Post napisany przy pomocy materiałów kursu małzeńskiego 2=1, który prowadzimy.

Za bardzo się starałam

Miałam ostatnio taki czas, że dużo się działo.

A może wcale nie działo się więcej niż zwykle, ale ja czułam w pewnym momencie, że za dużo na siebie biorę. Tak emocjonalnie. Jestem z tych ludzi, którzy wszystkich chcą uszczęśliwić, zadowolić. Lubię się czuć potrzebna. I to jest dobre, dopóty dopóki ma się do wszystkiego odpowiednie nastawienie. Ja czułam, że jestem balonikiem, który zaraz pęknie. Dodaj to tego ciążowe hormony i fizyczne zmęczenie.

Zdarza mi się czasem zapomnieć, że tak – Pan Bóg chce mnie używać i chce, żebym czuła się potrzebna. Chce, żebym była najlepszą żoną jaką mogę być, najlepszą córką, siostrą, przyjaciółką etc…

Ale przyszedł taki czas, że poczułam się moim staraniem po prostu przytłoczona. Mam wrażenie, że szczególnie my kobiety, chcemy być perfekcyjne w każdej dziedzinie życia. Chcemy być wzorowymi żonami, cudownymi i kochającymi mamami, wspierającymi przyjaciółkami, nieomylnymi pracownikami.. Chcemy spełniać wszystkie ‘wymogi’, które narzuca na nas społeczeństwo, rodzina, nie raz kościoł… A to spory ciężar do uniesienia.

Też czujesz się zmęczona?

Ja zdałam sobie sprawę, że pozwoliłam sobie wpaść w pułapkę ‘starania się’. Zapomniałam na chwilę o tym, że żeby móc coś z siebie dać, trzeba najpierw samemu być wypełnionym…

Poprosiłam Tatę o pomoc i od razu przypomniał mi o Marii i Marcie. Że tak jak ta biblijna Marta (zbieżność imion przypadkowa!:) ), zamiast odpoczywać u stóp swojego Mistrza, krzątam się i martwię niepotrzebnie – a Maria po prostu czerpała ze Źródła, ładując swoje baterie… Poprosiłam Go więc, żeby na co dzień pomógł mi być bardziej jak Maria niż Marta…

A potem ‘natknęłam się’ na ten tekst z bloga Peaceful Wife i pomyślałam, że bardzo chciałabym się nim z wami podzielić, bo był dla mnie jak powiew świeżego powietrza.

odpocznienie w Bogu

„Prawda jest taka, że im bardziej zbliżamy się do Chrystusa, tym bardziej zdajemy sobie sprawę, że Jemu nie zależy na tym, żebyśmy się mocno starali. Nie chodzi o to, żeby być idealnym. Nie chodzi o to, żeby dać się zwariować, nakładając na siebie trudne do spełeniania oczekiwania. Jemu nie chodzi o to, żebyśmy się zadręczali, bo coś nam nie wyszło. Tu nie chodzi o to, że odhaczać kolejne punkty na naszej liście. Tu nie chodzi o jakiś legalizm.

W tej życiowej podróży, którą odbywamy nie chodzi o nasz własny wysiłek – właściwie tu w ogóle nie chodzi o nas!

Jeśli czujesz się zestresowana tym, że nie jesteś wystarczająca dobra, lub może czujesz się jak nieudacznik – weź głęboki oddech. Odwróć się od tego wszystkiego co Bóg nazywa grzechem – wyznaj Mu to i otrzymaj Jego przebaczenie, łaskę i miłosiedzie. Przyjdź do Jego stóp i odpocznij w Jego miłości, zabezpieczeniu, opiece i Jego suwerenności nad tobą.

Przestań na chwilę studiować, przestań czytać na temat małżeństwa – jeśli to jest to, co cię tak stresuje.

Przestań modlić się, martwiąc sie – starając się, żeby Bóg zrobił dla ciebie to, co myślisz, że powinenien zrobić.

Przestań próbować wszystko naprawić, starać się sprawić, że wszystko ‘będzie OK’.

Przystań, zatrzymaj się na chwilę.

Tu nie chodzi o to, żeby żyć perfekcyjnym życiem. To niemożliwe! A już na pewno nie uda ci się to o własnych siłach.

Wyobraź sobie siebie, pchającą samochód przez 5 tysięcy kilometrów. To niewykonalne. Zamiast pchać ten samochód, wejdź do niego i usiądź obok Jezusa. To Boży Duch zapewnia nam benzynę do tego, żeby nasz samochód mógł jechać dalej – to dzieje się dzięki Jego mocy, nie twojej.

Wyobraź sobie Jezusa, który prowadzi, a ty tylko siedzisz obok, ciesząc się tą podróżą. On wie jak dotrzeć do celu. On wykonuje całą pracę. Ty jesteś u Jego boku – ale to Jego siła popycha cię do przodu.

Kiedy zbliżysz się do Niego i skupisz się na kochaniu, uwielbianiu i ufaniu Mu – i kiedy pozwolisz Mu na to, żeby przejął ster i będziesz pragnąć Go bardziej niż wszystkiego innego – wtedy On będzie mógł zmienić twoje serce, twój umysł i twoje pragnienia. I to On wykona tę pracę, nie ty.

On może dać ci moc, żebyś mogła żyć tym życiem, które On ma dla ciebie. Skup się na robieniu tego, co robi gąłąź winorośli. Trwaj w Nim. Po prostu otrzymuj od krzewu winnego. Krzew zapewni ci cały sok życia, siłę i posilenie, jakiego potrzbebujesz. Gałąź po prostu trzyma się krzewu – a owoce pojawiają się same, beż żadnego wysiłku ze strony gałęzi.

Nie musisz się stresować. Nie musisz się bać. Po prostu odpoczywaj w Jego silnych ramionach, w Jego mądrości i Jego opiece. Pozwól Jego miłości i Jego prawdzie przejąć kontrolę nad tobą i pochłonąć całkowicie twoje serce, umysł i duszę. Skup się na otrzymywaniu wszystkiego tego, co On uczynił dla ciebie i wszystkiego tego, co On ci już dał, jeśli należysz do Niego (jeśli nie, zapraszam cię do obejrzenia tego video i oddania Mu swojego życia).

filiżanka z herbatąPozbądź się swojego starego myślenia, pozbądź się twojego stargo ‘ja’. To stare ‘ja’ jest teraz pogrzebane. Pozwól Bogu, żeby oczyścił najciemniejsze zakątki twojej duszy. Kiedy zrobisz miejsce w sobie i pozbędziesz się starego ja, będziesz jak pusta filiżanka. Bóg może wypełnić cię swoim Duchem, kiedy jesteś całkowicie Jego.

Nikt przecież nie nalewa herbaty do filiżanki, w której jest już coś innego (np. atrament albo ocet). Kiedy ta filiżanka jest oddana swojemu celowi – i niczemu innemu – jest gotowa na to, żeby być wypełniona pyszną herbatą.

Jezus jest twoim dobrym pasterzem. Zwróć się do Niego. Pozwól Mu, żeby cię niósł i trzymał blisko swojego serca. On wie jak zapewnić ci pożywienie, wodę, ochronę, opiekę i przywódctwo, których potrzebujesz. Nie musisz zawsze mieć wszystkiego pod kontrolą. Nie możesz. Naśladuj Go, zbliż się do Niego, a On zatroszczy się o resztę.”

Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych (Mat 11:28-29).

A tak pozostaje jeszcze odpocznienie dla ludu Bożego; Kto bowiem wszedł do odpocznienia jego, ten sam odpoczął od dzieł swoich, jak Bóg od swoich. Starajmy się tedy usilnie wejść do owego odpocznienia, aby nikt nie upadł, idąc za tym przykładem nieposłuszeństwa (Hebrajczyków 4:9-11)

Pan jest pasterzem moim, Niczego mi nie braknie. Na niwach zielonych pasie mnie. Nad wody spokojne prowadzi mnie. Duszę moją pokrzepia. Wiedzie mnie ścieżkami sprawiedliwości Ze względu na imię swoje (Psalm 23:1-3)

Kiedy nam się nie układa…

Są takie chwile, kiedy nie do końca się między wami układa.

Próbujesz rozmów, stosujesz karę milczenia, ale jakoś niewiele to zmienia.

Albo twój mąż przechodzi trudny moment w życiu i to odbija się na waszej relacji. A być może on od zawsze był trochę zagubiony  – szukał siebie i odpowiedzi na pytania, które go dręczyły.

Jedno jest pewne – w małżeństwie i codziennym życiu nie brakuje trudnych sytuacji. Nie zawsze wszystko układa się tak jak w romantycznym filmie.

Czasem może ci się wydawać, że brałaś ślub z inną osobą, niż ta z którą teraz dzielisz życie. I nie jesteś nawet pewna czy ciągle lubisz i szanujesz tę osobę… Nie do końca wiesz jak to się stało, ale gdzieś po drodze przestałaś patrzeć na niego jak na swojego rycerza w białej zbroi.

Jest wiele rzeczy, które możemy zrobić, żeby tę sytuację zmienić.

Wiele książek, które możemy przeczytać, kursów, które możemy zrobić. Bardzo te wszystkie sposoby polecam, bo wiele wniosły w nasze małżeństwo.

Ale wierzę, że nic nie zastąpi nam rozmowy z Bogiem: modlitwy.

No tak – ale jak się modlić? Szczególnie, kiedy jest nam ciężko na sercu, a żadne sensowne słowa nie przychodzą do głowy.

Czasem najlepszą modlitwą są łzy wylane przed Nim w milczeniu… On też tę modlitwę słyszy.

“Podobnie i Duch wspiera nas w niemocy naszej; nie wiemy bowiem, o co się modlić, jak należy, ale sam Duch wstawia się za nami w niewysłowionych westchnieniach. A Ten, który bada serca, wie, jaki jest zamysł Ducha, bo zgodnie z myślą Bożą wstawia się za świętymi.” Rzym 8:26-27

A jeśli jesteś gotowa na to, żeby rozmawiać z Bogiem i w taki sposób walczyć o twojego męża i wasze małżeństwo (nawet jeśli nie przechodzicie akurat przez trudny czas!) – to może to rozwiązanie okaże się dla ciebie pomocne.

Jakiś czas temu, na kursie małżeńskim, jako zadanie domowe mieliśmy wybrać wersety, którymi chcielibyśmy modlić się o naszą drugą połówkę.

Zanim zabrałam się za to zadanie, poprosiłam Tatę o pomoc i usiadłam z moją Biblią w ręku. Zaczęłam ją kartkować, spoglądając na moje ulubione wersety, ale też szukajać nowych, świeżych inspiracji od Boga.

Jakimi wersetami chcesz Panie, żebym modliła się o mojego męża? Pokaż mi te, które szczególnie odnoszą się do naszego życia, do sytuacji w której jest mój mąż. Twoje słowa mają moc!

Na co dzień modlę się swoimi słowami, też o męża (na przykład ‘Panie, czuwaj nad  nim, daj mu mądrość w podejmowaniu decyzji, kieruj proszę jego krokami’) to wiem, że chciałabym w mojej modlitwie częściej zawierać Boże obietnice zawarte w Jego słowie dla mojego męża i dla nas.

Chciałabym częściej, zamiast prosić, deklarować pewne rzeczy nad jego życiem. Dlatego, że w Biblii znajdujemy wiele obietnic, które stają sie naszym udziałem kiedy przyjmujemy Jezusa do swojego serca. Stajemy się Jego dziećmi, dziedzicami Jego królestwa i możemy już tutaj, na ziemii, korzystać ze wszystkich niesamowitych przywilejów, które to za sobą niesie;)

Mam wrażenie, że często jako chrześcijanie prosimy o coś Boga, a tak naprawdę On już dawno nam to dał – musimy tylko zdać sobie z tego sprawę i zacząć do tych zasobów sięgać.

On przyszedł i umarł za nas po to, żebyśmy mieli Jego pokój, Jego radość, Jego wolność tu i teraz. Nie kiedy będziemy w niebie – ale żebyśmy mogli żyć tak, aby inni dookoła nas widzieli to Światło, które mamy w sobie. I żebyśymy mogli po prostu cieszyć się naszym życiem!

“Ja przyszedłem po to, aby (moje owce) miały życie i obfitowały” (Jan 10:10)

Jest też inna zaleta modlenia się słowami z Bożego słowa. Znacie ten werset ‘wiara rodzi się ze słuchania (Rz 10,17)”?

Kiedy zaczynamy deklarować Boże słowa nad naszymi mężami – zaczynamy też z czasem w nie wierzyć. 

Zaczynamy patrzeć na naszych mężów i widzieć to co widzi Bóg – nie to co widzi nasze (zmęczone) ciało czy zdenerwowany umysł.

A to może naprawdę zmienić nasze małżeństwo…

To jest lista wersetów, które ja wybrałam.

modlitwa o męża

Jak widzicie, zamiast modlić się dosłownie słowami z Biblli, sparafrazowałam je trochę –  bo lubię modlić się swoimi słowami, ale jednocześnie zachowuję sens danego wersu, danej obietnicy Bożej. W nawiasie zapisałam sobie na którym wersecie opiera się każde zdanie.

Możecie oczywiście zapożyczyć sobie tę listę (można ten plik zapisać jako obraz) i zamiast T. wstawić imię waszego męża, albo poświęcić trochę czasu i stworzyć waszą własną, personalną listę, dopasowaną do waszej sytuacji i okoliczności w których się znajdujecie. Boże słowo jest o tyle niesamowite, że ma zachętę na każdą sytuację…

A że żyjemy w czasach wujka Googla, znalezienie odpowiedniego wersetu nie powinno wam zająć zbyt długo!

Jestem ciekawa co myślicie o tym pomyśle?

Może chcecie się podzielić innymi wersetami, którymi już modlicie się o mężów, albo chciałabyście zacząć?

A w tym temacie, polecam wam też bardzo książkę Stormie Omartian „Moc modlitwy żony”.

Ja modlę się, żeby Jego Słowo wypełniło was nadzieją i zachęta, szczególnie jeśli przechodzicie przez niełatwy czas, a wasza relacja wydaje się być nie taka o jakiej marzycie. Modlę się też, żeby dobry Bóg wypełnił wasze serca miłością do waszych mężów, nawet jeśli czujecie, że na to nie zasługują – i żeby dał wam łaskę, abyście mogły widzieć ich tak jak widzi ich Pan Bóg.

A także, żebyście mogły poczuć jak bardzo On WAS kocha. Żeby dał wam siłę i wytrwałość i pokazywał na co dzień, nawet małymi gestami, że troszczy się o was i że jesteście źrenicą Jego oka…

Ściskam was mocno kochane żony.

ps. Maleństwo jest już wielkości mango! Na razie bardzo słabo czuję ruchy (podobno dlatego, że łożysko jest z przodu i działa jak poduszka między nami), ale jestem pewna, że już niedługo nie da mi spać, więc staram się cieszyć każdym etapem tej niesamowitej drogi;) Poza małymi niedogodnościami i chronicznym zmęczeniem – lubię być w ciąży;) 

Chcesz, żeby twój mąż zachowywał się jak prawdziwy mężczyzna?

** Nie polecam tego posta kobietom, które są w związkach z silnymi, autorytatywnymi mężczyznami. Jest raczej skierowany do osób takich jak ja – ze skłonnością do ‘rządzenia’ i dyrygowania swoim mężem, ale które są w zdrowym (choć nieidealnym!) związku. Jeśli jesteś w relacji, w którym doświadczasz przemocy psychicznej lub fizycznej- mój blog nie jest dla ciebie i powinnaś szukać profesjonalnej pomocy **

prawdziwy meżczyzna

FreeImages.com/Angel Gonzalez

Większość kobiet, które znam chce, żeby ich partnerzy zachowywali się jak prawdziwi mężczyźni.

Marzy nam się ktoś, na kim możemy polegać, kto jest silny i zdecydowany – męski. Nie chcemy mieć u swojego boku tzw. pantoflarza.

Ale sama wiem, że nie raz, swoim zachowaniem i słowami sprawiałam, że mój mąż mógł poczuć się bardziej jak dziecko niż samiec alfa…

I przypuszczam, że gdybym na co dzień traktowała go w ten sposób, to nie musiałabym długo czekać na rezultaty… T. stałby się mniej pewny siebie. Ciężko byłoby mu odnaleźć się w roli głowy naszej rodziny. Być może przyzwyczaiłby się do tego, że częściej go krytykuję niż doceniam i założyłby, że średni z niego mąż i facet.

Bo przecież jeśli jestem jego drugą połówką, najbliższą mu na świecie osobą, to od kogo jak nie u mnie będzie przede wszystkim szukać potwierdzenia tego, że jest prawdziwym mężczyzną? Czyje jak nie moje słowa będą decydowały o tym czy mój mąż będzie czuł i zachowywał się jak pantoflarz lub przeciwnie – jak silny i zdecydowany mężczyzna?

Jasne, to w jakich warunkach i w jakiej atmosferze dorastał nasz partner odgrywa ogromną rolę i będzie też decydować o tym jakim dzisiaj jest mężczyzną. Ale sama wiem, jak wielki wpływ miłość, wyrozumiałość i ciepłe słowa mojego męża miały na mnie. Taka postawa może pomóc zmienić czyjeś myślenie o sobie.

Często słyszy się kobiety, narzekające na swoich partnerów. Jacy to są słabi, nieudaczni, niedecyzyjni. Że one muszą nosić spodnie w związku, bo ich mężczyzna nie staje na wysokości zadania.

Ale zastanawiam się wtedy – na ile my pozwalamy im te spodnie nosić?

Na ile swoją postawą pokazujemy, że im ufamy? W ilu przypadkach pozwalamy naszym mężom podjąć decyzję, ufając im, że będzie słuszna?

Ja zawsze myślałam, że pozwalam T. czuć się prawdziwym mężczyzną; głową naszej rodziny.  Ale moja postawa i słowa wcale tego nie oddawały.

Sporo wysiłku musiałam włożyć w to, żeby być żoną, która daje swojemu mężowi miejsce na to, żeby był tym, kim ja chciałabym, żeby był! Bo to ode mnie zależy czy pozwolę mu prowadzić naszą rodzinę, czy nie.

Wiele pracy jeszcze przede mną. Na szczęście nie jestem w tym wszystkim sama. Mam w sobie kogoś, do kogo mogę się zwrócić o pomoc w tej sprawie, bo wiem, że Jego wolą jest to, żebym okazywała mojemu mężowi szacunek. Wiem, że On chce, żebym kochała mojego męża i służyła mu z miłości i z miłością  – nie z przymusu, albo dlatego, że tak mam przykazane. Bo to da się przecież od razu wyczuć…

Dzięki temu, że mam relację z Bogiem i mam w sobie Jego Ducha Świętego, On pokazuje mi bardzo dokładnie, kiedy to co robię lub mówię, nie buduje mojego męża ani naszego małżeństwa. To jest taki cichy szept, lekkie ukłucie w sercu, które mówi mi np. ‘nie powinnaś tak mówić do swojego męża’. ‘Jakbyś się czuła, gdyby ktoś traktował cię w ten sposób?’.

I potem to ode mnie zależy, czy pójdę za tym cichym podszeptem i zmienię swój ton lub postawę – bo wiem, że to będzie lepsze dla mojego męża i naszej relacji – czy dam się ponieść temu, co chce moje ciało, moje emocje, moje ja…

Nie mamy z T. jakiegoś długiego stażu, ale przez te 4 lata zdążyłam już zauważyć które z moich zachowań sprawiają, że oddala się ode mnie, a które powodują, że nabiera sił jako mężczyzna, jest bardziej zmotywowany i pewniejszy siebie.

Musimy tylko pamiętać, żeby nie używać tych i innych ‘sposobów’, żeby manipulować naszym mężem. Bo to nie prowadzi do niczego zdrowego.  Te kroki mają sens tylko wtedy, kiedy naszą motywacją będzie wzmocnienie i zachęcenie naszego męża. Inaczej on już na kilometr wyczuje, że nie robimy nic innego, jak znowu próbujemy go zmienić, tym razem tylko pod przykrywką miłych gestów!;)

Poproś Boga o pomoc i daj sobie czas, żeby Jego moc zaczęła działać w tobie i przez ciebie. To są tylko małe kroczki, ale przecież od czegoś trzeba zacząć, prawda?

**************************

  1. Chwal go w obecności innych

Raz na jakiś czas, kiedy jesteście wśród rodziny lub znajomych, pochwal się swoim mężem.

To może być najmniejsza rzecz – jak to, że ostatnio na wakacjach bez problemu odnalazł drogę do hotelu, bo ma świetne wyczucie kierunku. Dodaj jeszcze, że przy nim możesz czuć się naprawdę bezpiecznie i obserwuj tylko jak całe jego ciało prostuje się z dumą!

2. Daj mu szansę zrobić to, o co go poprosiłaś

Prosisz męża, żeby zawiesił półkę na książki. Czekasz jakiś czas, ale potem tracisz cierpliwość i sama to robisz.

Oni tego nie lubią – to godzi w ich poczucie męskości. To tak jakbyś mówiła mu ‘sorry kochanie, ale widzę, że nie potrafisz tego zrobić, więc wezmę sprawy w swoje ręce!’.

Daj mu się wykazać. Zawsze możesz mu delikatnie i z miłością przypomnieć co jakiś czas;)

54b361b458e5428e4b436d24cc21a941

3. Nie odpowiadaj za niego

Znacie takie osoby, które lubią odpowiadać na wszystkie pytania za swojego partnera? To naprawdę nie wygląda fajnie.

Jak ktoś odpowiada za mnie – zastanawiam się wtedy – jak to, czy nie jestem wystarczająco inteligentna / rozgarnięta, żeby mówić za siebie?

To nie jest miłe uczucie. Nie raz byłam i jestem winna tego, kiedy jesteśmy u znajomych i ktoś zadaje T. pytanie, a ja pospiesznie ‘idę mu z pomocą, bo nieboraczek sam  by sobie przecież nie poradził’. Aułć.

4. Bądź jego żoną,a nie mamą

Nie ma chyba nic gorszego dla mężczyzny niż poczucie, że tylko wypełnia rozkazy swojej żony.

Pozwól mu decydować za siebie, a kiedy jest coś, co chciałabyś, żeby zrobił (niezależnie czy jest to kupno domu czy pozmywanie naczyń) – poproś go o to. Pisałam już o tym wcześniej, ale nasz ton i język ciała mówią głośniej niż najsłodsze słowa, więc upewnij się, że twoje idą w parze z przesłaniem.

5. Ubieraj siebie, nie jego

Nie ma problemu, jeśli on sam pyta cię o sugestie / lubi kiedy doradzasz mu w kwestii ubioru. Jeśli nie – nie mów mu, jak ma się ubrać na obiad do twoich rodziców. Jestem tutaj 200% wina! Gorzej jeszcze, jeśli mówisz mu, że w danym stroju wygląda głupio lub śmiesznie (też winna!).

Ja bym nie chciała takich słów usłyszeć. Znowu – on jest dorosłym mężczyzną i najprawdopodobniej celowo wybrał daną rzecz, bo dobrze się w niej czuje / pasuje do jego osobowości.  Jeśli faktycznie uważasz, że w wygląda niekorzystnie, jest też inny sposób, żeby mu o tym powiedzieć – taki, który pokaże mu, że myślisz o nim z miłością – a nie upewniasz się tylko, że on wpasuje się w twój kanon mody (albo w kanon mody twoich rodziców / ludzi do których idziecie!!).

A jeśli chce ubrać stary, rozciągnięty podkoszulek na wyjście do opery? No cóż, to na niego będą patrzeć ludzie, nie na ciebie – ty nie możesz kontrolować i być odpowiedzialna za wszystko co robi twój mąż – pozwól mu samemu podejmować decyzje i stawiać czoła konsekwencjom (w tym wypadku raczej mało poważnych, więc oszczędź sobie nerwów i zamiast tracić czas przed wyjściem na kłótnie, idź i pomaluj sobie paznokcie!:) )

6. Mów mu, że go doceniasz

Nie tylko, że go doceniasz, ale też konkretnie za co. To mogą być bardzo małe rzeczy, ale dla niego mogą znaczyć bardzo wiele. W końcu jesteś kobietą, z którą dzieli życie, która zna wszystkie jego wady i zalety. Więc jeśli ty znajdujesz w nim rzeczy, za które jesteś wdzięczna – to może naprawdę dodać mu skrzydeł i zmotywować go do tego, żeby starał się być jeszcze lepszym mężem.

Zauważyłaś, że zdarzyło mu się odłożyć coś na swoje miejsce? Podziękuj mu za to!

(Wiem – dlaczego mam dziękować mu za coś, co jest jego obowiązkiem?! Bo tak jest miło;) I dlatego, że takie zachowanie działa dużo bardziej motywująco, niż gdybyś 50 razy wytknęła mu to, że tej rzeczy nie odłożył).

Ja, kiedy zaczęłam dziękować T. za to, że pozmywał naczynia, na początku patrzył się na mnie jak na kosmitkę. Ale wiecie co? Po jakimś czasie, zaczął mi też czasem dziękować kiedy zrobiłam coś w domu. I od razu jakoś tak milej. Fajnie jest się czuć docenionym. Nasi mężczyźni potrzebują tego tak samo, jeśli nie bardziej niż my.

7. Nie rób za niego planów

Mamy z T. taką zasadę, że zanim zaplanujemy coś dla nas, konsultujemy to najpierw z drugą osobą. Więc jeśli np.ja rozmawiam z kumpelą, a ona proponuje mi spotkanie w czwórkę z mężami, to zanim potwierdzę, że przyjdziemy, uzgadniam to z T.

Często jest tak, że wiem, że oboje nie mamy żadnych planów, ale zamiast powiedzieć kumpeli ‘jasne, będziemy’, a potem oświadczyć T., że mamy plan na sobotę wieczór, mówię kumpeli ‘wygląda na to, że nic nie robimy, ale zapytam jeszcze T. i  dam ci znać wieczorem, OK?’.

W ten sposób nie tylko uwzględniam to, że mój mąż może ma już jakieś plany (ale zapomniał mi powiedzieć) – ale też pokazuję mu, że jest dla mnie priorytetem.

kalendarzPoza tym, mój mąż jest wolnym, dorosłym człowiekiem, a nie moim dzieckiem, więc najzwyczajniej w świecie może nie mieć ochoty spotkać się z tymi znajomymi w dany dzień i powinnam to uwzględnić – tak samo jak ja nie chciałabym, żeby on oznajmił mi, że umówił nas na obiad do kogoś, kogo ja mogę nie mieć ochoty widzieć / albo w czasie, kiedy miałam umówionego fryzjera.

*Jasne, że są sytuacje kiedy podejmuję takie decyzję za nas, bo jestem pewna, że T. też chciałby/musimy zrobić to i to – i on całkowicie mi w tym ufa (i vice versa) – ale mówię o ogólnej zasadzie.

** My na przykład mamy taki kalendarz (zdjęcie), który pomaga nam widzieć kto i co robi  w dany dzień – co pomaga we wspólnym planowaniu.

  1. Pamiętaj, że mężczyźni różnią się od kobiet

To takie oczywiste, że często o tym zapominamy. Oni inaczej myślą, inaczej podejmują decyzję (często potrzebują więcej czasu, żeby coś przemyśleć), inaczej reagują na różne sytuacje niż my. Nie karz go za to.

Pozwól mu być mężczyzną i doceniaj te różnice. Ja najchętniej podjęłabym każdą decyzję w przeciągu 30min – a w 45min mam już listę rzeczy potrzebną do zrobienia. T. potrzebuje na to dobrych kilku dni. Nie dlatego, że wolniej myśli / jest mniej inteligentny, ale dlatego, że chce upewnić się, że ta decyzja będzie dla nas dobra – i ja uczę się to doceniać. Gdyby za każdym razem szedł moim tokiem myślenia, to nie raz źle by się to dla nas skończyło.

On inaczej może odczuwać pewne sytuacje. Kiedy ostatnio naszym przyjaciołom wydarzyła się tragedia i ja nie mogłam przestać płakać – byłam na T. wręcz zła za to, że on też nie reaguje podobnie (sic!). Dlaczego jest w tym wszystkim taki spokojny, jakby nic go nie obchodziło? A przecież dzięki jego opanowaniu, mogłam się wypłakać, przytulić do niego i nie czuć, że cały świat wali mi się pod nogami.

Pamiętasz, jak podziwiałaś to, że jest taki dziki i nieprzewidywalny? Trochę tajemniczy? Jeśli robisz wszystko, żeby go ‘udomowić’ (np. dzwonisz 5 razy kiedy jest na piwie z kolegami i pytasz kiedy wróci) to nie możesz się dziwić, że te cechy jego charakteru powoli zanikają.

Zamiast tłamsić jego odmienność i robić wszystko, żeby stał się taki ty – doceniaj i celebruj jego męskość!

  1. Pozwól mu popełniać błędy

„Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień”… Tak często o tym zapominamy i kiedy nasz mąż popełni nawet mały błąd, wieszamy na nim psy i przypominamy mu o tym jeszcze miesiąc później. Pamiętaj, że on też, tak jak ty, jest tylko człowiekiem. Najprawdopodobniej bardzo stara się, żeby być dobrym mężem i ojcem i z pewnością nie potrzebuje, żeby jego żona wywoływała w nim poczucie winy za to, że coś nie poszło mu po jego albo twojej myśli.

Wydaje mi się, że jeśli nauczymy się sobie szybko wybaczać – to już jest połowa sukcesu w budowaniu szczęśliwego, zdrowego związku.

  1. Uwzględniaj go w swoich decyzjach

Zanim podejmiesz jakąś większą decyzję (dotyczącą ciebie, jego lub waszej rodziny), pomyśl ‘Czy mój mąż byłby z tej decyzji zadowolony? Czy poparłby mnie w tej decyzji?’ Jeśli nie jesteś pewna – zapytaj. Ale nie kiedy włożyłaś już do koszyka 5 drogich produktów, a stoisz w kasie i za chwilę będzie twoja kolej (a potem mu powiesz, że za długo odpisywał!;)

Spróbuj tak podejmować decyzje, żeby twój mąż miał szansę być głową waszej rodziny. Zostaw miejsce na jego opinie, jego uczucia i jego mądrość.

Będziesz zaskoczona tym, jak bardzo jego wkład, jego podejście może zmienić sposób w jaki patrzysz na daną sytuację. I pamiętaj, że ty też możesz się mylić…!

**************************

A co dla was jest największym wyzwaniem w tej dziedzinie? Co przychodzi wam najtrudniej? Może macie jakieś inne rady– co robisz, żeby zrobić miejsce dla swojego męża i pozwolić mu być prawdziwym mężczyzną i głową waszej rodziny?

Doczekaliśmy Się

za 6 miesięcy poznam swoje dziecko.

piszę to i łzy płyną mi po policzkach. hormony pewnie.

te ostatnie kilka tygodni, od kiedy 31 lipca dowiedzieliśmy się, że jestem w ciązy minęły tak szybko. tyle emocji.

długo na Ciebie czekaliśmy (10 miesięcy). wydawało się jak wieki… ale przecież to był Jego czas – nie nasz. i jesteś…

rośniesz w moim brzuchu. czytam aplikacje, która mówi mi co tygodniowo się zmienia i jak się rozwijasz.

Twoj Tata tak bardzo sie cieszy…! to cudowne widzieć go podekscytowanego i szczęśliwego.

zawsze mówił, ze chciałby mieć najpierw syna. teraz nagle, że strasznie by się cieszył z dziewczynki. dowiemy się jak przyjdziesz na świat. tak naprawdę chcemy tylko, żebyś miał(a) się dobrze.

nie spałam cala noc przed pierwszym usg kilka dni temu. martwiłam się… bez sensu. zamiast oddać wszystko dobremu Bogu. T. oczywiście smacznie drzemał obok mnie.

szkoda, ze ten pierwszy raz kiedy Cię zobaczylismy na tym ekranie trwał tak krotko. nie mogłam się nacieszyć tym obrazem! miała(e)ś wtedy tylko 5cm, a już cale twoje ciałko się ruszało, machało rączkami i nóżkami. co za cud.

trzymaliśmy sie z tatą za ręce kiedy pani tłumaczyla nam to, co widzimy na ekranie. dwie nóżki, dwie rączki, główka…

– ‚czyli jest tylko jedno?!’ – zdaliśmy sobie nagle sprawę – bo ja nakrecalam się ciągle, że może jednak będą bliźniaki… – jedno – potwiedziła pani.

pisze i płaczę no. jeszcze przecież nie płakałam od kiedy się dowiedzieliśmy.muszą te emocje w końcu gdzieś wyjść nie?

Pomóż mi Panie przeżywac każdy dzień z moim maleństwem w środku świadomie. chcę te chwile pamiętać. chcę żeby były piękne, wyjątkowe… chcę, żeby Fasolka już teraz czuła się kochana.

daj mi proszę pokój na co dzień. odpocznienie serca. Prowadź nas Panie przez tę nową drogę. bądź naszą siłą, naszym drogowskazem.

niech te ‚ostatnie’ chwile tylko razem będą naprawdę wyjątkowe. dziękuję Ci tak bardzo za mojego Męża. za jego pomoc, wyrozumiałość. za to, że mnie tak bardzo kocha, nawet kiedy jestem zołzą. za każdą szklankę wody, którą mi cierpliwie podaje, wstając z ciepłego łożka.

dziękuję…

Arriving 26th March (1)

************************

Długo zastanawiałam się na tym czy wspominać na blogu, że spodziewamy się dziecka.

Jak napisałam wyżej, czekaliśmy na dwie kreski na teście 10 miesięcy.

Tym, którzy odkryli, że są w ciąży, choć wcale tego nie planowali, 10 miesięcy może wydawać się długo. Tak samo jak i tym, którzy jednego miesiąca zdecydowali się na ciąże, a kolejnego już cieszyli się z dobrej nowiny.

Dla nich (jak i dla nas), 10 miesięcy to całkiem sporo.

Ale wiem też, że są osoby, dla których niecały rok to niewiele. Bo czekają już o wiele dłużej.

Są też ci, którzy zaczęli przyzwyczajać się do myśli, że niedługo zostaną rodzicami, ale w którymś momencie przeżyli ogromną stratę i nastąpiło tylko poczucie pustki…

W czasie kiedy my zaczęliśmy myśleć poważnie o dziecku, moja bratowa poroniła w 10 tygodniu ciąży. 3 tygodnie temu, zaraz po moim pierwszym usg, nasza dobra znajoma w 7-ym miesiącu urodziła aniołka, który nie wydał nawet pierwszego krzyku…                                                                  W tym samym czasie dowiedziałam się, że przyjaciółka, która wcześniej poroniła, jest w tym samym tygodniu ciąży co ja. Tak strasznie się cieszyłam, wyobrażając sobie nasze wspólne spacery z wózkami. Niedługo później, zrozpaczona, wysłała mi wiadomość, że to się znowu dzieje…

Ten nasz czas czekania (kiedy nie wiedzieliśmy, czy jest nam dane w ogóle mieć dzieci) i te wszystkie, bardzo trudne doświadczenia, uczuliły mnie na to, że nie wszyscy, czytając wpisy jak ten mój powyżej, albo oglądając zdjęcia kolejnych niemowlaków na fejsbuku, podzielają ten sam entuzjam na wieść o kolejnej ciąży czy narodzinach.

Oczywiście, cieszą się szczęściem swoich znajomych, ale jednocześnie, za każdym razem kiedy widzą kolejne zdjęcie, czują ukłucie w sercu. – A kiedy będzie moja kolej?

Nie mam na to odpowiedzi. Tak samo jak nie wiem dlaczego Bóg zdecydował się zabrać życia tych maleńkich istot, które zaczynały się rozwijać w łonach moich koleżanek i bratowej. Prawdopodobnie nigdy się tego nie dowiemy – aż do dnia kiedy staniemy przed Bogiem i będziemy mogli Mu zadać to pytanie. Mogę tylko wierzyć, że On miał w tym swój plan. Chociaż nie powiedziałabym tego nigdy w rozmowie z nimi, bo na taką stratę po prostu nie ma odpowiednich słów.

To JEST radosny post.

My dziękujemy Jemu z całego serca za ten dar, którym nas pobłogosławił i powierzamy życie Fasolki w Jego ręce. Już teraz, kiedy rośnie w moim brzuchu.

Te wszystkie przykre wiadomości, które ostatnio otrzymaliśmy, chociaż przyniosły nam wiele smutku, nie oznaczają, że mniej cieszymy się z naszej nowiny.

Cieszymy się tak bardzo….!

Chciałam tylko powiedzieć, że myślę o Was – o tych wszystkich osobach, które jeszcze czekają. I tych, którzy niedawno doświadczyli wielkiej straty.

Nie mam gotowych odpowiedzi. Ale modlę się, żeby dobry Bóg pokazał Ci w tym czasie, jak bardzo Cię kocha  – mimo, że wszystkie znaki ‘na niebie i na ziemii’ mogą wskazywać na coś odwrotnego.

Czasem jest tak – ja doświadczyłam tego już dwa razy w swoim życiu  – że On dopuszcza do pewnych sytuacji – bo z całego serca pragnie zwrócić nasza uwagę na siebie. Nie dlatego, że jest egoistycznym Bogiem, ale dlatego, że w swojej nieograniczonej miłości, chce dać nam to co najlepsze.

Siebie i swoją nieskończoną miłość i pokój. Chce być naszym priorytetem, największym pragnieniem naszego serca.

Tylko całkowicie polegając na Nim, będziemy w stanie doświadczyć pokoju, ‘który przewyższa wszelki umysł, który strzeże nasze myśli i nasze serca’.

Tylko wtedy, kiedy oddamy Mu wszystkie nasze pragnienia, marzenia, a także cały nasz ból, poczucie zawodu, osamotnienia – będziemy w stanie być naprawdę wolni. Tylko wtedy, kiedy będziemy bardziej pragnąć Jego niż wszystkich innych rzeczy, będziemy w stanie naprawdę Mu zaufać i powierzyć każdy krok i aspekt naszego życia.

************************

Dla nas ten czas czekania był czasem, kiedy zbliżyliśmy się do Boga. Nie wiedząc, co przyszłość przyniesie, musieliśmy nauczyć się polegać tylko na Nim. Oddaliśmy Jemu tę sprawę, z nadzieją, że odpowiedź przyjdzie w odpowiednim czasie. Nie za wcześnie, ale też nie późno. Nie zawsze było łatwo, nie zawsze ufałam. Musiałam oddać Mu tę sprawę pod krzyż, ze świadomością, że być może nie jest nam dane mieć dzieci. On zaczął mi pokazywać, że chce, żebym pragnęła Jego bardziej, niż mojego marzenia o posiadaniu dziecka.

Nie jestem jeszcze tam, gdzie chciałabym być, ale ten czas czekania wiele mnie, nas nauczył.

Nie wszystko zawsze dzieje się tak, jak sobie to zaplanowaliśmy. Nasze myśli często nie są Jego myślami. W trudnych chwilach starałam się pamiętać, że:

„Bóg współdziała we wszystkim ku dobremu z tymi, którzy Boga miłują, to jest z tymi, którzy według postanowienia jego są powołani.”

Ten czas czekania nauczył mnie trochę, jak mieć w swoim sercu pokój i radość, niezależnie od okoliczności – niezależnie od tego, czy wszystko układa się po mojej myśli.

I wiem, że nawet w momencie kiedy osiągnęłabym już wszystko co sobie zaplanowałam, ale nie miałabym w sobie Jego pokoju i Jego radości – ciągle czegoś by mi brakowało.

Tego pokoju i Jego wolności życzę Wam z całego serca.

Ściskamy Was mocno i radośnie – my i Fasolka ♥

Małżeństwo z Osobą o Niskim Poczuciu Własnej Wartości

Jakiś czas temu napisała do mnie Ania. Z prośbą o poradę w pewnej ważnej sprawie.

Średni ze mnie autorytety, psycholog też żadny, ale po przeczytaniu maila okazało się, że w odpowiedzi mogę właściwie Ani opowiedzieć moją historię.

Bo wiecie, Ania bała się, że jej chłopak ma bardzo niskie poczucie własnej wartości i nie była pewna czy małżeństwo z taką osobą to dobry pomysł. A ja byłam taką właśnie osobą. Więc odpisałam…

Witaj

Dziś natknęłam się na Pani bloga, który bardzo mnie zainteresował i tak pomyślałam, że odezwę się do Pani.

Bardzo bliski stał mi się post na temat: „Jak Zraniona Osoba Może Stworzyć Zdrowe Małżeństwo”, ponieważ prawdopodobnie w maju mój chłopak chce mi się oświadczyć i ten tekst jakby był pisany o nas – dla mnie w odpowiednim czasie.

Z moim chłopakiem poznałam się przez internet poprzez grupę tworzenia strony ewangelizacyjnej na profilu społecznościowym. Z czasem zaczęliśmy się poznawać, a ponieważ mieszkamy 286 km od siebie nie zawsze uda nam się spotkać, tak często jak tego chcemy. Jednak zdecydowaliśmy, że się zaręczymy, ponieważ czujemy, że jesteśmy dla siebie, ale po przeczytaniu Pani postu mam pewne wątpliwości.

Kuba jest bardzo fajnym chłopakiem ale ma bardzo małe poczucie własnej wartości. Często się dołuje z powodu można powiedzieć głupot, czuje się gorszy od innych, a według mnie jest wyjątkowy, naprawdę uważam, że niejedna dziewczyna chciałaby mieć takiego mężczyznę…

Nie wiem co zrobić, żeby on uwierzył w siebie tak w 100%, żeby nie zawracał sobie głowy zbędnymi rzeczami.  Zawsze jak mamy jakieś spięcie muszę go przekonywać, że go kocham, bo myśli że jak nie mam humoru albo mi podpadł to już go nie chcę, a ja chcę i to tak już na zawsze, chcę założyć z nim rodzinę wspierać go, być z nim zawsze w każdej chwili dobrej i złej, ale jego coś blokuje, można powiedzieć, że trochę boi się tego świata…

Myśli Pani, że to jednak za wcześnie na zaręczyny?


Bardzo mi miło, że się odezwałaś. Mam nadzieję, że mogę Ci mówić po imieniu? Mów mi Marta proszę.

Super macie historię – poznać się przy takim fajnym projekcie!

Z pewnością nie przekreślałabym Kuby jako Twojego życiowego partnera dlatego, że ma jeszcze pewne kwestie, z którymi być może musi sobie poradzić.

Ja jestem bardzo wdzięczna mojemu mężowi za to, że tego nie zrobił – bo byłam podobną osobą do Kuby kiedy chodziliśmy razem – a nawet przez pierwszy rok małżeństwa – bo ten proces uzdrowienia trwał – i ciągle trwa dla mnie!

Mi w uzdrowieniu (choć jak mówię – to trwa – bo nie da się nagle zmienić czyjegoś charakteru, nastawienia do siebie i innych) pomogł przede wszystkim Jezus i mój mąż.

JEZUS:

Myślę, że kluczową kwestią w całej ‘sytuacji’ jest relacja Kuby z Jezusem. Z tego co mówisz, z pewnością wierzy w Boga i swoją wiarę ‘praktykuje’.

Ale czy tak naprawdę ma osobistą, żywą relację z Nim?

Bo, jak pewnie sama wiesz, jedno wcale niekoniecznie idzie w parze z drugim.

Jak to się stało, że zaczęłam bardziej wierzyć, kochać siebie i nie przejmować się tak strasznie każdym słowem i humorem T.?

Po pierwsze  – tak jak pisałam w poście – poprosiłam Jezusa o to, żeby zabrał od mnie cały ciężar, który w sobie noszę – wszystkie rany, strach – i oddałam je pod krzyż – bo w końcu po to On umarł – żebyśmy my mogli mieć nowe życie w Nim i wolność;)

Zakładam, że brak pewności siebie Kuby skądś się bierze?

Ja wiem, że musialam też wybaczyć komuś z mojej rodziny, zanim mogłam otrzymać wolność od Boga – zdjąć z siebie ten ciężar który mnie przygniatał. Być może Kuba też musi komuś wybaczyć zanim będzie mógł uzyskać ‘uzdrowienie’? (Mark 11:25)

IMG_1028Po tym – kiedy już oddałam Mu to wszystko – nastąpił długi proces, w którym musiałam zacząć naprawdę żyć Jego prawdą o mnie – zacząć wierzyć w to co On myśli o mnie.

Tutaj parę rzeczy, jakie Bóg myśli o Kubie – podeślij mu.  Podrzuć mu też koniecznie tę książke.

Ja podkreśliłam i wypisałam sobie i powiesiłam na ścianie wersety na temat Bożej miłości do mnie, takie jak te.

I czytałam je na nowo i na nowo, aż w końcu stały się częścią mnie.

To w jaki sposób mówimy o sobie ma wielką moc, więc nie pozwól Kubie mówić o sobie w negatywny sposób – on musi zrozumieć, że jego tożsamość jest w Bogu.

Ja musiałam też zrozumieć, że moja tożsamość – to jak się czuję danego dnia – nie może opierać się na tym co T. myśli o mnie albo co mówi – bo inaczej bym zwariowała – musiałam nauczyć się opierać moje poczucie wartości na tym co myśli o mnie wielki kochajacy Bóg – i to zmieniło wszystko w moim życiu.

Myślę, że bardzo ważne jest też to, jakimi ludźmi się otaczamy – czy Kuba ma w swoim życiu silnych, wartościowych mężczyzn, mentorów, od których może się uczyć?

MÓJ MĄŻ – CZYLI W TYM PRZYADKU TY

Cudownie, że Ty widzisz w nim kogoś wspaniałego i wartościowego – to bardzo ważne! Bardzo mi się podobało to jak go opisałaś – widać w tym miłość i czułość…

FullSizeRender

To bardzo ważne dlatego, że on będzie potrzebował Twojego wsparcia, Twojej wiary w niego.

Związek z osobą, która mało w siebie wierzy może być czasem trudny (wiem, że T. by Ci to potwierdził) – dlatego sama będziesz potrzebowała dużo energii i miłości, żeby ją na Kubę przelać.

To wspaniała misja – jeśli jesteś na nią gotowa. Na pewno sama będziesz musiała być blisko Źródła – żeby nie dać się ‘wciągnąć’ w czasem negatywne nastawienie Kuby – żeby być silna i kochająca.

A może pewnego dnia role się odwrócą?

Na pewno nie powiedziałabym Ci – odradzam Ci związek z taką osobą. Dlatego, że małżeństwo to związek dwóch nieidealnych ludzi – pytanie tylko czy jesteś gotowa do tego, żeby Kubę wspierać, zachęcać i pokazywać mu jako można kochać?

Jeśli tak – to z Bożą pomocą – wierzę, że pewnego dnia zobaczysz rezultaty swojej ‘pracy’.

Pamiętaj tylko, że to nie Ty go zmieniasz, ale Bóg i Duch Święty – Ty możesz go jednak zachęcać, wspierać, okazywać miłość – a to już baaardzo dużo. Możesz też oczywiście modlić się o niego.

Co do czasu zaręczyn – niestety nie jestem w stanie odpowiedzieć Ci na to pytanie. Nie znam Was na tyle dobrze… Masz wokół siebie jakieś mądre, zaufane osoby, które znają Was oboje?

Rok to sporo, żeby się poznać – choć nie wiem ile czasu spędziliście tak naprawdę razem, skoro mieszkacie na odległość?

Jeśli nie jesteś do końca pewna – z pewnością bardzo bym Wam poleciła zrobienie dobrego kursu przed-małżeńskiego – szczególnie zanim ta cała ślubna maszyna ruszy – bo wiem, że wtedy trudniej jest się już wycofać.

Czytałaś może ten post na moim blogu?

I na koniec jeszcze, a raczej na początek… zapytaj samego Boga co myśli o Waszych zaręczynach.

Na spokojnie, kiedy będziesz z Nim sam na sam, zadaj Mu to pytanie. I słuchaj. On często mówo do nas po prostu przez pokój albo jego brak w naszym sercu…

Ściskam Cię mocno i daj proszę znać jeśli mogę jeszcze jakoś pomóc. Będę się modlić, żebyś w swoim sercu poczuła co jest właściwą decyzją. Jeśli to będzie decyzja na tak, to On da Ci siłę i mądrość, żebyś potrafiła wesprzeć Kubę w jego drodze do wolności.

Marta ;*

A jak to jest / było u Was? Którą ze stron jesteście? Jak Wy poradziłyście sobie z Waszymi zranieniami / brakiem poczucia własnej wartości? Albo jak wspieracie w tym Wasze drugie połówki?