Żona i Mąż na Filipinach

Ciężko się wraca do codziennego życia po takiej wyprawie. Do siedzenia za biurkiem przez 8h i słuchania jak moja (mimo wszystko wspaniała) menagerka narzeka, że panie sprzątające nasze biuro przeniosły jej papiery na drugi koniec biurka. Prawdziwe problemy pierwszego świata.

My na Filipinach spotkaliśmy ludzi, którzy na co dzień myślą o innych rzeczach.

Jak na przykład Ofelia, która za dom zawsze miała pomieszczenie wielkości naszych małych pokoi. Od oceanu dzieli ją tylko droga więc kiedy w listopadzie tajfun Hayan uderzył Filipiny, z jej domu pozostały tylko fundamenty… Mieliśmy wspaniały przywilej pomagania w budowaniu nowego domu dla Ofelii, która dzięki hojności innych ludzi będzie mieć teraz nie tylko 2 osobne pomieszczenia, ale i prawdziwą toaletę, której nigdy wcześniej nie miała. Piłowanie drzew i przenoszenie materiałów budowlanych w 30 stopniowym upale nie było łatwe, ale nie wiele rzeczy sprawiło mi w życiu tak wielką satysfakcję. I wzruszenie tej starszej pani, która nie do końca rozumiala dlaczego jacyś zupełnie obcy ludzie, mieszkający tysiące kilometrów stąd, przyjechali do niej, żeby spędzić dzień na budowaniu jej nowego dachu nad głową.

Albo ci ludzie, którzy mieszkają na cmentarzu. Bo mogą, bo nikt ich stamtąd nie wygania,a nie mają gdzie indziej pójść. Na Filipinach nie ma czegoś takiego jak opieka społeczna. Całe rodziny, mnóstwo dzieci. Niektórzy mieszkańcy cmentarza pracują jako taksówkarze, inni mają swoje małe sklepiki z żywnośćia (też na terenie cmentarza) albo organizują wszechobecne na Filippinach karaoke. Większość żyje z hazardu – gry w karty, walki kogutów. Dorośli i dzieci jedzą, grają i bawią się na grobach. Sama musiałam przekonywać mała dziewczynkę, żeby nie wchodziła do dziury wykopanej dla prawowitych ‘mieszkańców’ tego osiedla… Nie wiem jaki to zresztą miało sens, bo pewnie wchodziła już tam wcześniej setki razy.

Zapadł mi też w pamięci Charles, którego spotkałam na małej wyspie (Filipiny składają się z ponad 7 tys) tak bardzo dotkniętej przez tajfun, że w całości ocalały tam tylko 3,4 domy. Charles i jego rodzina uciekli w bezpieczne miejsce, bo wiedzieli, że ich dom ma małe szanse. Po powrocie zastali tylko solidną framugę i drzwi, na których było napisane ‘God bless this house’. Charles postanowił więc, że tym razem wypisze to samo, ale na każdej ścianie i dachu nowego domu. Nie wie tylko kiedy jeszcze kiedy będzie w stanie go odbudować.

Kilka dni później, już na innej wyspie, rozmawiałam z kilkoma rybakami, którzy odpoczywali pod domem bez dachu. Jeden z nich był jego właścicielem. ‘Zaraz po tym jak skończył się tajfun, wyszliśmy wszyscy z naszego ukrycia i chodziliśmy od domu do domu, śmiejąc się z tego, który z nas poniósł większe zniszczenia’ opowiadają mi. I dziękowali Bogu za to, że Hayan wydarzył się podczas odpływu, a nie przypływu bo wtedy siła uderzenia byłaby dużo większa. Musiałam poprosić naszego tłumacza, żeby powtórzył mi to jeszcze raz, bo myślałam, że źle zrozumiałam…

Większość tych i innych osób, które spotkaliśmy nie miało wykształcenia, nigdy nie byli poza granicami swojej prowincji, mówili słabo po angielsku.

Myślałam, że jadąc tam będę w stanie im coś zaofiarować. I być może w jakimś stopniu skorzystali z mojego pobytu tym, być może kogoś zachęciłam tym, że mi się chciało, że nie przeszkadzał mi chwilowy brak wszyskich dogód zachodniego świata…

Dziś wiem, że to ja otrzymałam o wiele więcej. Daleko mi do ich pięknej i szczerej pokory, umiejętności cieszenia się małymi rzeczami, skupiania się na tym, co tak naprawdę się na tym świecie liczy…

Mieliśmy niesamowity przywilej odbudowywania domów czy dokarmienia dzieci. Nigdy tego nie zapomnę. Ale wiem, że być może przy kolejnym huraganie niektóre z tych domów znów zostaną porwane przez niszczącą siłe wiatru. A niektóre dzieci, mimo, że otrzymują pomoc raz na 2 tygodnie, to możliwe, że przez te kolejne dni chodzą głodne.

Dlatego największą radość sprawiło mi dzielenie się z tymi ludźmi moją wiarą. Moją skałą na czas sztormów. Moją nadzieją.

Bo wiem, że On nie minie. I kiedy wszystko naokoło się dosłownie lub w przenośni zawali, kiedy medialna nagonka ucichnie i zostaną sami, On może byc ich nadzieją; szansą na przetrwanie.

Z tych niewielu paru rzeczy, które tam zrobiłam i powiedziałam, niech to będzie ta jedna którą zapamiętają.


5 thoughts on “Żona i Mąż na Filipinach

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s