Jak Zraniona Osoba Może Stworzyć Zdrowe Małżeństwo?!

nieidealni

Każdy z nas nosi w sobie rany. Niektórzy małe. Inni większe.

Wiele z nich dotyczy dzieciństwa, okresu dorastania. Nieobecni lub krzywdzący ojcowie. Kontrolujące lub nieakceptujące nas matki.

Rodzeństwo, które w złości wykrzyczało o wiele słów za dużo. Doświadczenia przemocy psychicznej i fizycznej.

Bardzo zranieni ludzie, którzy zranili nas.

Może był to chłopak, którego bardzo kochałaś, a który odszedł bez słowa. Może ktoś cię bardzo wykorzystał?

Każdy z nas nosi w sobie rany.

Często boli tak mocno, że nie chcemy do tych ran wracać. Wolimy zakopać je głęboko, zamknąć w odległej komnacie naszego serca i udawać, że nie istnieją. Oszukujemy się, że ‚to nic’. Stało się, życie toczy się dalej. Jakoś muszę sobie przecież poradzić. I to przynosi chwilową ulgę.

Ale nie uleczenie.

Pewnego dnia się zakochujemy. Jest cudownie. Wszystko idealnie się układa. No to może by tak małżeństwo? Dlaczego by nie?

Dlatego, że ktoś, kto ma chore serce, chorą duszę, nie jest w stanie stworzyć zdrowej relacji.

Jak to?!

Zanim pojawiłam się w życiu T., pewna dziewczyna bardzo go zraniła. On przymierzał się do przeprowadzki do innego kraju za nią, myślał o oświadczynach. W tym samym czasie okazało się, że ona go cały czas oszukiwała. Zdradziła go i ośmieszyła. Dla niego to było tak, jakby ktoś wyciął mu kawałek serca, rzucił je na podłogę i jeszcze na koniec mocno je podeptał. Znacie to uczucie?

Takie wydarzenia (i gorsze) zostawiają nasze serce w mocno nadszarpniętym stanie. Jak możemy w udawać, że to nie ma na nas później wpływu?

Początki mojej znajomości  z T. nie były łatwe. Dlatego, że on cały czas nosił w sobie obraz tamtej relacji. Bał się zaufać, był mniej pewny siebie. Ciężko mu było uwierzyć, że ja go też nie zostawię. W końcu, po roku w takim związku, oboje wiedzieliśmy, że jego przeszłość mocno nas blokuje – przeszkadza w budowaniu zdrowej, szczęśliwej relacji.

Poprosiliśmy kogoś o modlitwę. T. oddał w tej modlitwie swoje zranienie Bogu. Poprosił Go o całkowite uzdrowienie. Powiedział wtedy, że poczuł się, jakby dosłownie ktoś zdjął z niego niewidoczny ciężar. A ja w końcu miałam chłopaka (wkrótce potem narzeczonego), który był gotowy naprawdę zaangażować się w naszą relację, bo przeszłość nie miała już nad nim kontroli!

Wyobrażacie sobie co by było, gdybyśmy powiedzieli sobie TAK, zanim on uporałby się z tą raną? Jak wyglądałyby początki naszego małżeństwa? Ja próbowałabym wymóc na T., żeby okazywał mi miłość, ale on nie potrafiłby tego robić (przynajmniej nie na ‚mój’ sposób), bo byłby ciągle związany swoją przeszłością. Byłby pewnie zazdrosny o każdy mój kontakt z osobnikiem płci przeciwnej, wyczuwając w nich zagrożenie. Bałby się otworzyć przede mną, w obawie, że też, tak jak tamta dziewczyna (błogosław jej Panie!) – wykorzystam go i oszukam.

zanim wezmiesz slub

Ja – gdybym pewnego wieczoru, na 3 roku studiów, nie oddała mojej przeszłości i ran Bogu i nie otrzymała od Niego uzdrowienia i całkowitej wolności – byłabym zupełnie inną żoną.

Nie potrafiłabym do końca kochać T. Nie wiedziałabym jak. Dlatego, że sama tej miłości do końca nie zaznałam – nie potrafiłabym mu jej okazać. Bardzo łatwo byłoby mu mnie zranić – bo każde jego słowo skierowane przeciwko wywoływałoby zaraz burzę w mojej głowie (‚on mnie już pewnie nie kocha’, ‚kim ja jestem, żeby on mnie kochał?’, ‚jestem nikim’) i naszym małżeństwie. Miałabym poczucie, że cały mój świat się wali. T. musiałby co chwilę udowadniać mi swoją miłość na różne (najlepiej moje!) sposoby – inaczej czułabym się zagrożona w naszej relacji. I tak dalej, i tak dalej.

Brzmi znajomo?

Tak – bo wiele z nas nosi w sobie zranienia, które blokują nasze relacje, nie pozwalają im być takimi jakie mogłyby być.

Jeśli jesteś na etapie podejmowania decyzji o małżeństwie – nie twierdzę absolutnie, że powinnaś poczekać, aż ty i twój chłopak staniecie się jak Jezus zanim weźmiecie ślub… (czyt. idealni i bez skazy). To oczywiste, że każdy z nas ma wady; cechy charakteru nad którymi musimy jeszcze sporo popracować. Daleko nam wszystkim do ideału (mi na pewno!). I to jest OK.

ALE jeśli jeszcze nie powiedzieliście sobie TAK – a widzisz, że on zmaga się z poważnymi zranieniami, które wpływają na to kim jest teraz i jak się zachowuje – to warto się zastanowić, czy chcesz, żeby twoja relacja od początku była na tym budowana. Czy nie lepiej byłoby wejść w małżeństwo jako zdrowi, wolni ludzie? Ze zdrowym, wolnym człowiekiem? Ile czasu, łez i nieprzespanych moglibyście sobie zaoszczędzić jako żona i mąż?

Oczywiście istnieje w tym wszystkim ryzyko… Bo co jeśli widzisz, że twój chłopak zmaga się z pewnymi kwestiami, potrzebuje uzdrowienia, ale nie chce go otrzymać? Musisz wtedy zadać sobie pytanie – czy chcesz związać się na całe życie z ‚chorą’ osobą, której rany prawdopodobnie będą wpływać negatywnie na wasz związek?

Oczywiście nigdy nie jest za późno – i On zawsze na nas czeka – gotowy przynieść wolność i nowe życie – ale musisz liczyć się też z tym, że niektórzy ludzie nigdy z tej oferty nie skorzystają. I co wtedy? Czy jesteś gotowa dzielić z nim życie – takim jakim jest teraz? 

A może ty sama czujesz, że są jeszcze kwestie z którymi się nie uporałaś? Nie odkładaj tego na później.

On puka do naszej samotności. Puka do naszych smutków. Puka do zdarzeń, blisko związanych z tym, co nam się zdarzyło, gdy byłyśmy młode – zdrada, odrzucenie, wykrzyczane złe słowa, utracony związek. Puka do wielu tych miejsc i czeka byśmy pozwoliły Mu wejść.”   

‚Urzekająca. Odkrywanie tajemnicy kobiecej duszy’ John & Stasi Eldredge

Pozwól Mu dać ci nowe serce. Tak, będziesz ciągle pamiętać o twoich zranieniach i osobach, które wyrządziły ci tę krzywdę. Ja też pamiętam. Ale zamiast trzymać się ich kurczowo, pozwalając na to, żeby te rany sterowały tym kim jesteś – twoimi decyzjami, twoimi wyborami (‚a co jeśli nikt inny mnie nie pokocha?’) – pozwól, żeby to On przejął kontrolę nad twoim życiem. A wtedy motywem twoich decyzji nie będzie strach (przed odrzuceniem, przed samotnością, przed ośmieszeniem, przed bólem) – ale Jego miłość do ciebie i do innych.

Bo spowoduję, że zabliźnią się twoje rany i uleczę cię z twoich ciosów – mówi Pan – chociaż nazwali cię Odrzuconą, o którą nikt się nie troszczy.  Jeremiasza 30,17

Co jeśli czytasz ten tekst i jesteś już żoną człowieka z ranami? Lub sama je masz? Proszę nie trać nadziei! On jest i czeka tylko aż się zwrócimy do Niego o pomoc – chce dać nam coś lepszego niż życie w bólu, kłamstwie i rozgoryczeniu. On chce dać Ci małżeństwo, w którym króluje wolność – wolność do tego, żeby być sobą, żeby kochać i być kochanym.

Lecz on zraniony jest za występki nasze, starty za winy nasze. Ukarany został dla naszego zbawienia, a jego ranami jesteśmy uleczeni. Izajasza 53:5

Nie jesteśmy idealni. I często ten proces uzdrowienia trwa. Ja – mimo, że wiem, że w Nim jestem nowym człowiekiem – „stare przeminęło, wszystko stało się nowe (2 Koryntian 5.17) – to ciągle, na co dzień, muszę przecież o tym pamiętać – i świadomie podejmować decyzje w oparciu o tę prawdę – a nie w oparciu o kłamstwa, które ktoś chce mi wmówić.

Dlatego właśnie tak bardzo potrzebujemy Ducha Świętego w swoim życiu, żeby każdego dnia, małymi kroczkami pomagał nam stawać się bardziej jak Jezus.

Potrzebujemy być codziennie wypełnieni Jego miłością – żeby akceptować wady i potknięcia naszej drugiej połówki. I żeby zdać sobie sprawę, że my sami nie jesteśmy bez winy, ale, że z Jego pomocą możemy razem – tacy nieidealni – iść przez życie. Bo On wypełnia nasze braki, On wypełnia wszystkie luki w naszym charakterze. I to jest cudowne.


16 thoughts on “Jak Zraniona Osoba Może Stworzyć Zdrowe Małżeństwo?!

  1. Cześć,
    znalazłam Twojego bloga kilka miesięcy temu i od tego czasu myślę o tym by napisać do Ciebie właśnie w tym miejscu. To ja- A. To ja jestem tą dziewczyną, która oszukała i zraniła Twojego męża. Mój list-komentarz ma tylko jeden cel- przeprosić i prosić o wybaczenie. Przepraszam. Przepraszam Was. Spotkałyśmy się kilka razy, ja byłam wtedy z T, Ty z kimś innym, nie wiem czy pamiętasz, Hipnoza, Betania, jakiś przystanek tramwajowy – Ty w niebieskiej spódnicy i złotych baletkach, uśmiechnięta i sympatyczna, śliczna. Ucieszyłam się najszczerszą na świecie radością gdy kilka lat temu dowiedziałam się, że T właśnie z Tobą dzieli życie. Od czego zacząć…trochę drżę próbując pisać coś o czym myślę kilka lat.., coś tak trudnego.. Nie tylko dzięki wpisom na tym blogu wiem, że T dawno temu mi wybaczył i uwolnił się od tamtej sytuacji, ale jak zapewne wiesz dawno temu napisał do mnie, On skrzywdzony, pierwszy napisał o wybaczeniu. Wiem, że ten akt się dokonał, T jest prawdziwym Synem Bozym, jednakże z mojego punktu widzenia ten akt jest niepełny, niepełny dla mnie, bo to nie ja prosiłam o wybaczenie, a powinnam o nie błagać. Robię to teraz, właśnie tu. Długo się zastanawiałam czy powinnam do Ciebie napisać, potem myślałam nad tym co napisać, modliłam się, prosiłam o modlitwę ludzi, z którymi wciąż mam kontakt (mówię o ludziach z Betanii, których spotykałam w najbardziej niesamowitych momentach mojego życia, na przykład gdy rodziłam swoja córeczkę). Jestem tutaj. Chciałam napisać nie bezpośrednio do T (choć proszę, abyście razem przeczytali ten wpis) tylko do Ciebie, do jego mądrej żony by czuła, że w tym liście jest szczerość intencji w wołaniu o wybaczenie. Jestem tu dziś bezbronna i naga, tak się czuję, czuję się też winna i egoistyczna. Wiem co zrobiłam. Nigdy nikomu nie wyrządziłam większej krzywdy niż T. Nie mam zamiaru się tłumaczyć, nasze czyny są albo dobre, albo złe, albo biale albo czarne. Tamta sytuacja była złem wymierzonym w drugiego człowieka i cała odpowiedzialność spada na mnie. Czułam i czuję się z tym okropnie lecz mam nadzieję, że Bóg i Wy wybaczycie mi… Pragnę tylko jedna rzecz wyjaśnić. Nie wszystko z mojej perspektywy te 9, 10 lat temu wyglądało tak jak zapewne odbieral to T. Nie wszystko układało się idealnie. Tak jak napisałam powyzej nasze czyny i zachowania są dobre lub złe, białe lub czarne, ale czasem bywa tak, że okoliczności, sytuacje, w jakich się znajdujemy mają wiele odcieni szarosci i nie zawsze zależą od nas i naszej dobrej lub złej woli. Moim celem nigdy nie było oszukać T, nie planowałam tego, nie zakładałam, ze tak się stanie, nigdy nie chciałam nikogo zranić, a jednak to zrobiłam. Są takie momenty w zyciu, gdy ono wyraźnie zwalnia bieg, jakby się wahało, w którym pójść kierunku, czujesz się wtedy jak we mgle, albo filmie o zwolnionym tempie, widzisz szarość i zatracasz się w niej, jak wtedy odróżnić czerń od bieli, dobro od zła, gdy wszystko jest „tylko jakby”, „tylko na chwilę”, a nic „na pewno” i „na zawsze”. To był trudny, okrutny czas, śmierć rodziców mojej przyjaciółki, wielkie nieporozumienie w moim domu, złe slowa, brak akceptacji moich wyborów, czerwone światło ze strony rodziny i uczelni a propos planowanego wyjazdu, czułam się sama i nie miałam siły z tym walczyć, T był daleko, i wtedy stalam się okrutną osobą i skrzywdziłam T. Wszystko było we mgle. Ale jeszcze raz powtórze- teraz to rozumiem- nic nie tłumaczy braku lojalności, uczciwości, nic nie tłumaczy kłamstwa i zdrady. Pisać te słowa o sobie…, czytać tamte słowa, które o mnie napisałaś…czuję się naga i odarta z człowieczeństwa. Nie chcę by tak było. Jak stanąć przed Bogiem i mieć pewność, że On widzi mnie jasna, dobrą i piękną?.. Mam prawie 32 lata, od tamtego czasu minęło sporo lat, jestem kobietą, inną lecz tą samą, jestem szczęśliwą żoną i matką dwójki dzieciaków, jestem kimś kto chce sobie wybaczyć i poczuć się dobrze, ale tylko wtedy gdy Bóg i Wy znów pochylicie sie nade mną… Chcę kiedyś opowiedzieć tą historię moim dzieciom, chcę by zakończeniem jej była szczera prośba o wybaczenie i … akt wybaczenia.Chcę nie czuć winy i wstydu patrząc Wam w oczy, gdy być może kiedyś spotkamy sie na ulicach jakiś miast w tym dużym małym świecie. Chcę, abyś Ty odebrała ten list, jako coś szczerego, chcę, abyś go dobrze zrozumiała. Chcę, aby T miał tylko miłe wspomnienia, by pamiętał mnie jako kogoś kto pokazał Mu Polskę, której On nie dostrzegał mieszkając w niej. Ja jestem przede wszystkim wdzięczna T, że umocnił moją wiarę w Boga, pokazał mi jak może wyglądać modlitwa, prawdziwa, wspólna, gorąca modlitwa dwoja, trojga ludzi. Czy byłam epizodem, fragmentem drogi (bardzo polskiej drogi), którą odbył T zmierzając do Ciebie? Tak myślę. Wierzę, ze miałam być żoną mojego męża, a Ty miałaś być żoną T. Tylko nie tak miało sie dokonać nasze rozstanie przed laty. Miało być uczciwe, szczere, ludzkie. Załuję, że nie było. Zono i mężu- proszę Was o wybaczenie i przepraszam Was za wszystko o czym sami wiecie! Liczę na odpowiedź, czekam na nią. Zyczę Wam byście byli silni Bogiem i swoją wzajemną miłością. Zyczę by T realizował swe plany i marzenia (coś tu słychać o jego projektach), cieszy mnie to. Zyczę by marzec 2016 roku przyniósł Wam prawdziwy, zdrowy cud nad wszystkie cuda :) Zyczę by macierzyństwo pokazało Ci prawdziwy żeński pierwiastek Boga. Bądźcie zdrowi i szczęśliwi.
    A.
    P.S. Jeśli pozwolisz będę tu zaglądać, jeśli nie, zrozumiem.

    1. Tak, masz rację, opisałam w kilku zdaniach (może nie powinnam była?), ale jednak Twoja odpowiedź jest bardzo obszerna, prywatna i przeznaczona dla mnie i T., a nie dla wszystkich którzy czytają tego bloga, więc wolałabym (on z pewnością też), żeby tak pozostało i na pewno nie odpisywalibyśmy Ci na łamach bloga, tylko też prywatnie…. więc gdybyś chciała, wyślij proszę jakiś kontakt na zonaimazblog@gmail.com ;*

    2. Hej

      Przepraszam Cię, że tak długo mi zajęło odpisanie!
      2 tygodnie temu zaczęłam nową pracę i to zjada teraz całą moję energię (plus niemały już brzuch!).

      Chcieliśmy Ci powiedzieć, że oczywiście oboje Ci wybaczamy. Nie chowamy żadnej urazy… Tak jak przeczytałaś na blogu, T. oddał te zranienie Bogu na początku naszej znajomości i On go z niego uzdrowił.
      Dziękujemy, że zdobyłaś się na odwagę, żeby napisać i wytłumaczyć jak nie łatwo Ci było w tamtym czasie.

      Mamy nadzieję i naszą modlitwą jest, żebyś też mogła oddać te zdarzenia Bogu i żebyś mogła poczuć, że On też nie chowa do Ciebie żadnej urazy i chce żebyś otrzymała Jego całkowite wybaczenie, tak żeby nic nie blokowało Twojej relacji z Nim.

      Mamy też nadzieję, że będziesz mogła poczuć jak bardzo On Cię kocha i że ma plan dla Twojego życia.

      Oczywiście, jeśli nie wywołuje to u Ciebie żadnych przykrych emocji, to zapraszam Cie do zaglądania na bloga.

      Życzymy Tobie i Twojej rodzinie wszystkiego najlepszego.

      T & M

    1. Możliwe, że masz rację – pewnych ran nie da się ‚zagoić’. One stają się częścią nas i raz na jakiś czas przypominają nam o sobie bólem – kiedy coś się do nich ‚przyklei’….Przykro mi bardzo, że też miałaś takie doświadczenie;(

      Ja odnalazłam moją nadzieję w Bogu i dzięki Niemu te rany mnie już nie definiują – owszem – są niejako częścią mnie i mojej historii – ale nie decydują już o mojej przyszłości – o tym jaką osobą jestem, jakie decyzje podejmuje – a w tym jest ogromna wolność…

      Pozdrawiam Cię serdecznie i miło mi bardzo, że tutaj zajrzałaś!
      ;*

  2. Ze wszystkim, co napisałaś zgadzam się, bo walczymy z moim Tomkiem z jego zranieniami i jest to walka trudna i długotrwała. Dlatego proszę o modlitwę w naszej intencji, gdyż czasem mam wrażenie, że po wykonaniu ogromu pracy znów wracamy do punktu wyjścia. Ale tak chyba nie jest,tylko potrzeba wiele cierpliwości, delikatności i miłości do drugiej osoby. A mi się wydaje czasem, że wystarczy szybciutko zrobić tak i tak i już będzie dobrze. I wiesz, pewnie by wystarczyło u zdrowej osoby, gdyby nie te zranienia. Dziękuję za ten wpis :)

    1. Witaj Kasiu – oczywiście pomodlę się o Was, o zranienia Tomka.

      Wiem sama, że nie łatwo się żyje z osobą ze zranieniami – wiem jaką dziewczyną i żoną byłam dla T. przez pierwsze lata naszej znajomości – i to co niesamowicie mi pomogło (oprócz uświadomienia sobie, że Bóg mnie kocha i akcpetuje taką jaką jestem) – to miłość i nastawienie T.
      Więc modlę się też o siłę dla Ciebie – żebyś codziennie na nowo mogła okazywać Tomkowi miłość,żebyś miała w sobie tę niesamowitą łagodność, która uśmierzy jego rany. Żeby on mógł czuć, że kochasz i akceptujesz go takim jakim jest. To baardzo dużo!!
      To niełatwa ale jednocześnie piękna misja – być ezer dla Twojego mężczyzny.
      Ściskam Cię mocno! ;*

  3. Cudownie to wszystko napisałaś, Żono. Lubię czasem do Ciebie zajrzeć. Ale dziś, ten tekst jest jakby dla mnie tylko napisany. Ja – porzucona dwa lata temu kobieta, nie mogę się pozbierać. Czasem wydaje mi się, że już jest okay – nie wracam do przeszłości, to jednak wciąż myślę o byłym.. nie mogę normalnej relacji ułożyć, ciągle coś mi nie pasuje, ciągle porównuję.. tęsknię. okropne! Przez to wszystko przestałam spotykać się z naprawdę fajnym mężczyzną. Wszystko oddaję Jezusowi. Wierzę i ufam, że to ma sens. Ale wciąż ta rana jest. Boli.
    Dziękuję za ten wpis.
    Z Bogiem
    Ann

    1. Przykro mi bardzo; (
      Tak, wiem… Te rany gdzieś w nas zostają i w pewnym sensie nas kształtują. Ważne tylko, żeby nas nie definiowały – żebyś nigdy nie patrzyła na siebie przez pryzmat tego, że zostałaś porzucona.
      Mam nadzieję, że – mimo tej rany – z czasem uda Ci się patrzeć na siebie Jego kochającymi oczami i dzięki temu mieć w sobie wolność i siłę, żeby kochać i pozwolić sobie być kochaną.
      Trzymam za Ciebie bardzo mocno moje duchowe palce! Odezwij się proszę jeszcze kiedyś – bardzo bym chciała wiedzieć jak Twoja ‚historia’ się potoczy. Ściskam Cię mocno!
      ps. Rzymian 8:28

  4. Zgadzam się z Tobą. Takie nieprzepracowane rzeczy mogą nieźle namieszać. Człowiek coś dusi w sobie, nie chce się tym dzielić. Boi się niezrozumienia, odrzucenia, a te problemy z przeszłości ciągle powracają i rzucają cień na teraźniejsze życie. Bardzo dobrze to znam. Czasami przez taki brak zaufania i wzajemnej otwartości można popsuć coś naprawdę dobrego.
    Ale czasami chociaż człowiek chciałby coś zmienić, podzielić się, przepracować. to nie potrafi. Mur, blokada. Ciężkie są takie sytuacje. A czasami warto też pomyśleć o terapii.

    Ile ja razy zawierzałam swoje problemy Panu Bogu, ile modlitw o uzdrowienie, etc… I nic. :P
    Zawsze nie ogarniam tego, że ktoś raz coś Panu Bogu odda i bach! zrobione. Ja jakaś odporna chyba jestem na niebiańskie interwencje w moim życiu. ;)

    1. Hey Elu! Wyobraź sobie, że myślałam dzisiaj o Tobie i Twoim komentarzy podczas kazania – bo było właśnie o ‚niewsłuchanych’ modlitwach (chociaż wysłuchane z pewnością są – tylko my czasem nie widzimy rezultatów…).

      Pewnie nikt poza Bogiem nie jest w stanie jednoznacznie powiedzieć, dlaczego niektóre (jak Twoje) prośby/problemy pozostają nierozwiązane.

      Wiem jednak, że są pewne rzeczy, które mogą blokować nasze błogosławieństwa. Na przykład grzech w naszym życiu – dlatego, że oddziela nas od Boga i buduje między nami mur. Podobnie brak przebaczenia (Mark 11:25). To są rzeczy, które MY możemy zmienić, żeby Bóg mógł naprawdę zacząć działać w naszym życiu.

      Nie wiem czy Ty mówisz o fizycznym uzdrowieniu – jeśli tak to polecam Ci też ten filmik:

      Czasem proces uzdrowienia trwa. Nie przestawaj Go prosić. On z pewnością chce nam dać uzdrowienie – mamy na to oparcie w wielu wersetach Biblii – więc jeśli Twoje serce jest czyste i masz z Nim osobistą relację – jestem pewna, że je otrzymasz.

      Jeśli masz taką osobę wokół siebie, która ma osobistą relację z Panem – to może poproś ją o modlitwę? (Mt 18,15-20)
      Ja bardzo chętnie się o Ciebie pomodlę – napisz maila – nie musisz podawać wszystkich szczegółów- On wie!

  5. Pięknie to napisałaś. Jest w Tobie Boża siła, można to wyczuć czytając Twoje wpisy. Jeśli organizowałabyś ze swoim mężem spotkania/kursy przedmałżeńskie to chętnie kiedyś bym skorzystała.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s