Szukałam Poczucia Własnej Wartości w Mężu i Bardzo się Zawiodłam

Jak większość małych dziewczynek, lubiłam bajki o księżniczkach. Prędzej czy później spotykały mężczyznę swojego życia – który czasem był księciem, a czasem nie. Ale niezależnie od tego skąd pochodził, był spełnieniem ich największych marzeń. Odpowiedzią na  problemy i zmagania. I żyli długo i szczęśliwie…

Bach. Tu bajka się kończyła. Jako mała dziewczynka zakładałam oczywiście, że tak już zostawało.

Kiedy podrosłam i sama zaczęłam rozglądać się za moim księciem, też chciałam, żeby on stał się odpowiedzią na wołania mojego serca.

Na to, żeby czuć się akceptowana. Kochana. Doceniana. Bezpieczna w jego silnych ramionach. Chciałam, żeby pojawił się w moim życiu i wypełnił te małe i duże luki w moim sercu. Żeby sprawił, że moje zranienia z przeszłości (dzieciństwa i innych relacji) roztopiły się w cieple naszej miłości.

20180816_124255

Brzmi trochę nierealistycznie, prawda? A jednak wiele z nas, często podświadomie, tak właśnie myśli.

Tak właśnie było ze mną kiedy wyszłam za mąż. I zdradzę wam coś. Takie nastawienie jest z góry narażone na porażkę. U nas wyszło to bardzo szybko. Kiedy on akurat miał gorszy humor (a kto ich nie miewa) i powiedział coś bardziej szorstko niż normalnie, ja czułam się bardzo zraniona. Kiedy nie poświęcał mi tyle czasu, ile bym chciała. Kiedy złapałam go na tym, że mnie nie słuchał.

Jego niemiłe (według mnie) zachowania i drobne zaniedbania –  spotykały się najczęściej z wielką, emocjonalną reakcją z mojej strony. Bo odbierałam je jako atak ma moją osobę. Zaburzały moje (chwiejne i tak) poczucie wartości.

Sprawiały, że nagle czułam się mniej kochana. A on sam może miał może gorszy dzień, albo zmagał się z jakąś sytuacją. Albo zdarzyło mu się faktycznie być niemiłym. Albo najwyczajniej nie miał akurat ochoty ze mną rozmawiać.

Opieranie naszego „ja”, naszej tożsamości i tego jak się czujemy – na tym co mówi i jak zachowuje się drugi czlowiek – jest bardzo kruchym fundamentem.

Kiedy oczekujemy od naszego męża, żeby zawsze był naszym wsparciem, żeby zawsze był silny, żeby wypełnił nasze „luki” swoją bezgraniczną miłością, żeby sprawił, że poczujemy się ważne – to nasze oczekiwania są nierealistyczne.

Dlatego, że on jest tylko człowiekiem.

Tak, jest spora szansa, że będziemy czuć się bardziej wartościowe przez sam fakt, że mamy kogoś. Ale to uczucie też jest krótkotrwałe i bardzo szybko przestanie nam wystarczać.

O wiele bezpieczniej jest powierzyć nasze kruche serce komuś, kto i tak zna je na wskroś.

Komuś, kto wie o wszystkich naszych zranieniach i kompleksach. Ten ktoś nie miewa gorszych dni. On zawsze jest. Dostępny dla nas wszędzie i w każdej chwili. Ktoś, kto kocha nas bez względu na to, czy ładnie wyglądamy czy nie. Bez względu na to czy chodzimy do kościoła czy nie.

Bez wględu na to czy mamy wyższe wykształcenie, czy tylko skończyłyśmy podstawówkę. Bez względu na to czy wykonałyśmy dziś dużo dobrych uczynków czy nie. Bez względu na to co zrobiłyśmy w przeszłości albo co ktoś zrobił nam…

Tylko On może dać nam odpowiedź na to pytanie: czy jestem wystarczający?

Tylko On może uciszyć te desparackie wołanie naszej duszy: kochaj mnie! Nie za to co robię albo za to jak wyglądam. Ale taką jaką jestem, kiedy nikt nie patrzy. Tylko On może wypełnić nas taką miłością, która pozwoli nam nie skupiać się ciągle na sobie i własnych zranieniach – ale pomoże nam otworzyć się na innych i dzielić się tą miłością.

Tylko On sprawił, że jestem teraz w stanie widzieć gorszy dzień mojego męża z tej właśnie perspektywy, a nie przez pryzmat tego, że zranił moje uczucia. Dlatego, że moje poczucie wartości nie leży już w moim mężu. W tym co on robi dla mnie albo jak i co do mnie mówi. Tak, oczywiście, jako kobieta i żona chcę i potrzebuję romantycznych słów i gestów, zapewnień o miłości, słów zachęty. Bardzo ich potrzebuję!

Ale kiedy przez jakiś czas ich nie ma (nauczyłam się też o nie otwarcie prosić, przypominać mu, że ich potrzebuję!), albo kiedy spotykam się z czymś odwrotnym z jego strony – to nie zagraża to już tak bardzo mojemu JA. Oczywiście, mój mąż ciągle ma moc ranienia mnie. I jego słowa ciągle mnie dotykają, zasmucają. Przecież ja też jestem tylko człowiekiem. Ale nie muszą już sprawiać, że cała moja tożsamość wtedy leży w gruzach. Że czuję się wtedy nieważna i niekochana. Że muszę reagować z wybuchem emocji albo agresji.

To nie stało się nagle, z dnia na dzień. Dla mnie, budowanie tożsamości na Bogu było (i jest) procesem. To była decyzja, którą podjęłam. Postanowiłam, że będę opierać się na tym, co Bóg myśli o mnie. Na tym wszystkim, co czytam o sobie w Jego słowie (że jestem cenna, że jestem Jego córką, że jestem źrenicą Jego oka, że On sie o mnie troszczy, że On ma plan dla mojego życia, że kocha mnie taką jaką jestem) – a nie na kłamstwach, które przez lata nagromadziły się w mojej głowie (jesteś niewiele warta, musisz zapracować sobie na to, żeby być zaakceptowana, jesteś słaba…).

I to jest  decyzja, którą muszę podejmować każdego dnia.

Negatywne, oskarżające myśli, wątpliwości nie znikną nagle z naszego życia (bo jest Ktoś, kto za wszelką cenę nie chce do tego dopuścić).  Ale kiedy przyjmujemy Jezusa do swojego życia, On daje nam siłę i mądrość do tego, żeby te myśli i emocje rozpoznawać i odrzucać.

A kiedy nasza tożsamość jest bezpieczna – bo opiera się na Nim – kiedy nie udaję się już mojego męża, żeby pomógł mi poczuć się lepiej z samą sobą, kiedy ta presja nie spoczywa już na nim –  to nasze małżeństwo zaczyna funkcjonować na zupełnie innym poziomie…


10 myśli w temacie “Szukałam Poczucia Własnej Wartości w Mężu i Bardzo się Zawiodłam

  1. nie podoba mi się… Mój mąż nigdy się szorstko do mnie nie odnosił, az pewnego razu na zakupach w galerii handlowej w przymierzalni głośno skomentował moją figurę gdy mierzyłam spodnie. Zrobił to w taki sposób, którego nigdy nie zapomnę. Od tego czasu coraz częściej świdruje mnie wzrokiem i nie raz skrytykuje mój wygląd. Tą wypowiedzią zakończył nasze małżeństwo. Żyjemy razem tylko dlatego, ze mamy dzieci, gdyby nie one już dawno bym go zostawiła. Oczywiście on nigdy nie dbał o związek, o rocznice itp. kilka razy powiedziałam mu, ze chciałabym wyskoczyć na kawę we dwoje, a on na to, ze mi zaparzy. i jak tu porozmawiać o nas…..

  2. Ja 12 lat żyłam z czliwiekiem.Dla którego byłam o.k bo byl wiecznie pijany itd.Rok temu zrozumialam ze go nie znam.Dziś jestem sama mieszkam z kumplem.Szczerze znamy sie 10 lat i pomimo ze nie jestesmy paa wiem ze w jego oczach jestem piekna.Mogę zawsze liczyc na jego wsparcie….no coz…a w malzenstwo nigdy sie nie wladuje.Dobrze że wtedy tego nie zrobilam.Dopiero byl by problem z roztaniem.Piszę o tym na swoim blogu na który zapraszam http://www.evamordall.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s